Tę książkę powinno się czytać gdzieś na zabitej dechami wsi, w palącym słońcu, oganiając się od wszelkiej maści bzyczącego natręctwa, najlepiej w pobliżu stajni bądź obory, żeby dochodzący stamtąd zapach łajna wprawiał umysł w synestezyjny zachwyt – a i tak będzie to tylko namiastka klimatu, jaki serwuje McCarthy w swojej powieści. Można potraktować Krwawy południk jako rewers Drogi, bo obie powieści (może wszystkie książki McCarthy’ego?) mówią w gruncie rzeczy to samo, choć rozgrywają się w zupełnie innym czasie – Droga w bliżej nieokreślonej przyszłości, w postapokaliptycznym świecie, Krwawy południk w epoce, zanim ustanowiono moralny porządek i prawa. McCarthy w typowym dla siebie, pesymistycznym tonie obwieszcza wszem wobec: za nami i przed nami tylko chaos, rzeź i wojna.

 

Leżąca u podstaw Ameryki doktryna „Boskiego przeznaczenia”, która – upraszczając – usprawiedliwiała podbój kontynentu przez przybywających z Europy osadników, zostaje u McCarthy’ego odarta z nobliwych szat i skąpana we krwi. Pisarz demitologizuje początki Ameryki, odsłania gotującą się w kolonizatorach nienawiść, chęć mordu, rasizm i mizoginię. Banda różnego autoramentu opryszków pod dowództwem niejakiego Glantona (postać historyczna), której towarzyszymy w Krwawym południku, grasuje po terenach Teksasu i Meksyku (mapa) polując na Indian, za których skalpy płaci im złotem gubernator. Degeneraci nie mordują jednak wyłącznie „barbarzyńców” (tak narrator najłagodniej określa tubylców) – zabijają napotkanych na drodze wędrowców, wybijają w pień mieszkańców osad rozsianych wzdłuż szlaku, grabią, gwałcą, mordują. McCarthy ze szczegółami i chłodem opisuje najwymyślniejsze tortury, jakich zaznać można na tej „ziemi niczyjej” – odcinanie podeszw stóp, wieszanie za żuchwę, obdzieranie ze skóry, przypiekanie nad ogniem. Piekło na ziemi.

 

Hipnotyzujące sceny okrucieństw i ciągłe zwroty akcji sprawiają, że konwencja westernu, po którą sięgnął McCarthy, częściowo przesłania istotę powieści – Krwawy południk jest w końcu niczym innym, jak uniwersalnym diariuszem zła. Jego ucieleśnieniem zdaje się być demoniczny sędzia Holden, ogromny, blady, bezwłosy, wygłaszający niezrozumiałe dla kompanów filozoficzne tyrady (przypomina Kurtza, zwłaszcza w wersji Marlona Brando z Czasu Apokalipsy). Holden sprawia pozory dobrodusznego filozofa, ale jest sadystycznym oprawcą uzależnionym od przemocy, prawdopodobnie też pedofilem (co tłumaczy pojawiające się w powieści aluzje i zainteresowanie Holdena chłopcem, który jest jedną z głównych postaci książki). W jednym ze swoich monologów Sędzia wygłasza pochwałę wojny:

Wojna była zawsze. Zanim nastał człowiek, już czekała na niego. Wojna to rzemiosło najwyższej rangi, czekające na swojego najznamienitszego rzemieślnika. (…) Oto natura wojny, której stawką jest zarazem gra, władza i uprawomocnienie. W ten sposób postrzegana wojna stanowi najprawdziwszą formę przepowiedni. To sprawdzian naszej woli i woli drugiego człowieka w ramach woli większej, która zmuszona jest dokonać wyboru, bo wiąże nas obu. Wojna to gra najwyższej rangi, bo wojna wymusza jedność istnienia. Wojna to bóg.

Krwawy południk, namaszczony przez Harolda Blooma na jedną z najlepszych amerykańskich powieści, a przez większość krytyków okrzyknięty arcydziełem, przy całej swojej finezji w demitologizowaniu kolonizacji Ameryki i ukazywaniu towarzyszącego mu okrucieństwa i zła, nie poruszył mnie tak jak Droga. Zapamiętam diabolicznego Holdena, któremu słusznie należy się miejsce wśród najbardziej przerażających postaci literackich, ale Krwawy południk – parafrazując słowa Blooma z linkowanego powyżej wywiadu – is a little long for what it does.

Advertisements