Fajtłapowaty, łysiejący pięćdziesięciolatek z nadwagą, uzależniony od tanich chipsów i w ogóle od jedzenia, które pochłania w niebywałych ilościach. Nieposkromiony pożeracz kobiecych serc – kolejne romanse doprowadziły do ruiny jego pięć małżeństw. Bałaganiarz i ekscentryk: zdarza mu się założyć czytaną książkę plasterkiem bekonu, a butelki po wypitym alkoholu tłumnie zalegają podłogę jego brudnego mieszkania. Odpychający i napełniający niesmakiem, a zarazem paradoksalnie sympatyczny. Panie i Panowie – przed wami Michael Beard, genialny fizyk, laureat nagrody Nobla, bohater najnowszej powieści Iana McEwana Solar.

 

Jeśli komuś rozbłysła właśnie czerwona lampka na widok słowa „fizyk”, uspokajam: nudy nie będzie. McEwan od czasu do czasu faktycznie obezwładnia czytelnika naukowym żargonem, ale w ramach odtrutki zawsze podsuwa jakąś komiczną sytuację – w końcu Solar, jak głosi tylna okładka, ma być „czarną komedią” (chociaż raczej nią nie jest). Narrator zręcznie zmienia wątki, przeplatając historię kariery naukowej Bearda opisami jego sercowych podbojów, które 50-letni profesor od zawsze przeprowadzał ze skutecznością wojny błyskawicznej. By zaimponować swojej pierwszej dziewczynie, w tydzień zgłębił tajniki Raju utraconego Miltona i przestudiował prace dotyczące poety i jego dzieła. Dziewczyna oczywiście uległa jego erudycji, zaś Beard utwierdził się w przekonaniu, że humanistyka – w porównaniu np. ze „skalarem krzywizny Ricciego i jego funkcją w ogólnej teorii względności” – jest banalnie prosta:

Beard i jego koledzy siedzieli na wykładach i brali udział w ćwiczeniach laboratoryjnych codziennie od dziewiątej rano do piątej popołudniu, mierząc się z najtrudniejszymi koncepcjami, jakie kiedykolwiek stworzył umysł. Tamci, humaniści, zwlekali się z łóżek w południe, żeby pójść na któreś z dwóch seminariów w tygodniu. Podejrzewał, że nie rozmawiali o niczym, czego ktokolwiek z połową mózgu nie mógłby zrozumieć.

Gdy go poznajemy, Beard najlepsze lata ma już za sobą, a ze wspomnianą powyżej łatwością przychodzi mu co najwyżej niefrasobliwe unikanie odpowiedzialności w kolejnych związkach. Jego nazwisko – wypromowane Noblem – pojawia się raz po raz w indeksach rozpraw młodych doktorów fizyki, ale nasz bohater odcina tylko kupony od dawnych osiągnięć. Wszystko się zmienia, gdy za namową swojego asystenta – któremu bez skrupułów podkrada pomysł – podejmuje próbę stworzenia czystej, ekologicznej energii, produkowanej przez specjalne panele słoneczne wykorzystujące zjawisko sztucznej fotosyntezy. Beard nagle znów jest w centrum, w błysku fleszy „ratuje świat” przed globalnym ociepleniem, chociaż ideowy wymiar sprawy interesuje go najmniej, liczą się pieniądze i sława.

 

Solar jest napisany perfekcyjnie – powieść czyta się jednym tchem, a pełnokrwista, przekonująca i dopracowana w najmniejszym szczególe postać Michaela Bearda to literacki majstersztyk. Wokół niej krążą wszystkie motywy pojawiające się w Solarze – troska o planetę wywołana niepokojącymi zmianami klimatu (McEwan jest aktywistą ekologicznym), pytania o moralność, o seksualność osób dojrzałych, o istnienie granic w kreowaniu rzeczywistości przez media. McEwan z wdziękiem przemknął między Scyllą powieści z tezą a Charybdą ponowoczesnego moralitetu, oddając do rąk czytelników dobrze skrojoną, zajmującą literaturę środka.

Reklamy