Najnowsza powieść legendarnego amerykańskiego postmodernisty, Thomasa Pynchona, reklamowana jest przez wydawnictwo Albatros jako „powieść detektywistyczna noir” nawiązująca do kryminałów modnego ostatnio Chandlera. Ta próba zwekslowania Wady ukrytej z pokrętnych torów postmodernizmu na proste szyny czarnego kryminału jest skuteczna do momentu, gdy rozkręca się akcja powieści. Wtedy okazuje się, że – mimo powszechnie głoszonego końca postmodernizmu – Pynchon uparcie posługuje się postmodernistycznym kodem, zaś cechą rozpoznawczą jego powieści pozostają zakrojony na wielką skalę (urojony) spisek i zakręcona fabuła.

 

Akcja powieści rozgrywa się na początku lat 70. XX wieku w Los Angeles, a jej leitmotivem jest nabity najlepszą marihuaną skręt, którego wszędzie pełno: zapiekany w hamburgerach, drukowany na koszulkach, przyklejony do ust prawie każdej długowłosej istoty w mieście. Jak zwięźle rzecz ujmuje Pynchon – „opresywny świat zredukowany został do jednego głównego problemu: jak zdobyć towar”. Gdy poznajemy głównego bohatera, lokalna społeczność jest wstrząśnięta brutalnym morderstwem przy Cielo Drive, dokonanym przez grupę Charlesa Mansona, które – powracając co jakiś czas na kartach powieści – staje się symbolicznym końcem beztroskiej i radosnej ery hipisów.

 

Długowłosy, odziany w luźne spodnie i kwieciste koszule, wiecznie ujarany Larry „Doc” Sportello, prywatny detektyw, który swoją ksywę zawdzięcza czasom, gdy – pracując  jako windykator – straszył klientów strzykawką, jest typowym przedstawicielem swojej epoki. Pewnego dnia w jego biurze pojawia się Shasta, jego eks-dziewczyna, która podejrzewa, że jej obecny kochanek, majętny potentat budowlany Mickey Wolfmann, jest w niebezpieczeństwie. Nim Sportello – targany zazdrością – zdecyduje się działać, Wolfmann i Shasta znikają w tajemniczych okolicznościach. Detektyw postanawia wtedy wyjaśnić sprawę i rusza labiryntem ulic L.A.; nie ma pojęcia, w jak poważne tarapaty pakuje swój hipisowski tyłek.

 

Bez wątpienia najmocniejszą stroną Wady ukrytej jest ironiczny, ale zaprawiony nostalgią obraz rozbuchanych lat 60. Pynchon spogląda na dogorywającą rewolucję dzieci-kwiatów z autentyczną czułością i dokłada starań, by w pełni oddać jej bogactwo: psychodeliczną muzykę, narkotyki, rewolucję seksualną, cadillaki i kabriolety sunące autostradą w wieczornej mgle znad Pacyfiku, budki z hot-dogami i zapyziałe restauracje, szalonych surferów, odjechane sekty religijne. Doc Sportello, który z jednej strony aktywnie uczestniczy w tej rewolucji, z drugiej jest obserwatorem upadającej hipisowskiej subkultury, cieniem młodego Pynchona, który (prawdopodobnie) mieszkał wtedy w Los Angeles i pracował nad Tęczą grawitacji.

 

Wada ukryta ma jednak również słabe strony. Gdy Sportello rozpoczyna swoją halucynacyjną odyseję, Pynchon idzie na całość: wprowadza na scenę niezliczoną liczbę przypadkowych osób i nieistotnych motywów, których czytelnik nie jest w stanie zapamiętać i które zwyczajnie nużą; powieść zaczyna się rozłazić, a Doc, zamiast stopniowo przybliżać się do rozwiązania zagadki – miał to być przecież kryminał – kręci się w kółko, oszołomiony ilością informacji, z jaką musi się zmierzyć. Gdy zastanawiające zbiegi okoliczności zaczynają się powoli układać w logiczną (i paranoiczną) całość, bohater staje oko w oko ze skorumpowaną policją, węszącym FBI, tajemniczą organizacją o nazwie „Złoty kieł” i podziemną, paramilitarną bojówką Strażników Kalifornii.

 

Chaotyczna, rozgadana i zaludniona całą masą postaci, Wada ukryta jest książką nierówną. Są fragmenty wciskające w fotel, bonmoty i żarty sytuacyjne przy których wybucha się niekontrolowanym śmiechem, ale – z drugiej strony – zbyt często odnosiłem wrażenie, że Pynchon o wiele lepiej bawił się podczas pisania Wady ukrytej, niż ja podczas lektury.

Advertisements