XXVIII. Mężczyzna przy stole, na którym stoi książka z nierozciętymi kartkami – mężczyzna próbuje rozchylić strony, aby przeczytać kawałek.

Poniekąd wiem, skądinąd czuję: nasze dni
Grają w to samo, ale w różnych fazach. Czasem
Koniuszki snów nadają im ton i deszcz
Wieje wzdłuż okna jak smuga pary za lokomotywą
A my jedziemy przez oszalałe gałęzie
W strugach liści i wiatru. Zapada jesień,
Dni schodzą tarasami ku zimie, niebo
Jest ostre jak błękitny sopel. Skalpel.
Sopel. Ale rani serce, pamięć tej drugiej fazy, odruch
Spóźniony o trzysta sześćdziesiąt minut. Słońce
Jest tu zawleczką.

Skądinąd śnię, poniekąd muszę; gdybyś
Leciała balonem, mogłabyś czerwoną różę
Upuścić do rzeki. Zapada jesień, mam rym
Do butelki, ale trzeba zmienić bieg, wziąć
Prysznic, przetasować karty. Sady jabłoni,
Lasy pełne cykad, czy aby na pewno? Czy to są
Torsje? Czy fluksje? Czy odwołają
Start? Start nowego języka? Niby nic,
A jednak języczek u wagi: szum
Szarańczy rzeczy i muzyka jest znowu
Trochę mądrzejsza od nas.

Czyżbyśmy mieli zatem podwójny czas akcji?
Bo jest problem czasu, zwłaszcza w senne południa
Kiedy bohater dryfuje przez wdzięczną toń dnia
Jak kępa życiodajnej trawy prądem kalifornijskim
A jego myśl drzemie na indeksie pamięci
Pośród imion i nazwisk, numerów stron, telefonów.
Podnoszę wzrok: włosy kobiet zastygają na niebie,
Bezgłośnie przelatują olbrzymie odrzutowce,
Smugi szronu na wielkich wysokościach.
Oniryczna aura nie służy naszym krokom.
Cały świat znieruchomiał w surowym uśmiechu.

[Andrzej Sosnowski, Nouvelles impressions d’Amerique, Biuro Literackie, Wrocław 2004]

Advertisements