Josif Brodski, Pochwała nudy

przeł. Anna Kołyszko

Ponieważ wszyscy stoimy na progu śmierci i ponieważ czytanie książek jest czasochłonne, musimy opracować sys­tem stwarzający choćby pozory oszczędności. Trudno, oczy­wiście, zaprzeczyć ewentualnym przyjemnościom zaszycia się z opasłą, nieco ospałą, a przy tym mierną powieścią; wiemy jednak, że zbyt często nie sposób tak sobie folgować. Przecież nie czytamy dla samego czytania, lecz po to, by się uczyć. Stąd potrzeba zwięzłości, kondensacji, fuzji – utworów, które z największą ostrością przybliżają kondycję ludzką w całej jej różnorodności; innymi słowy, potrzeba skrótu. Stąd też – jako skutek uboczny naszych podejrzeń, że takie skróty w ogóle istnieją (a istnieją, ale o tym później) – potrzeba kompasu na oceanie dostępnych druków.

Rolę takiego kompasu odgrywa, oczywiście, krytyka litera­cka, recenzenci. Niestety jej igła waha się jak oszalała. To, co dla jednych jest północą, dla drugich jest południem (a dokładniej, Ameryką Południową); podobny obłęd dotyczy wschodu i zachodu.

Kłopot z recenzentami jest (co najmniej) trojaki: a) mogą być zwykłymi pismakami, równie przy tym ciemnymi jak my, b) mogą żywić silne upodobania do pew­nego rodzaju pisarstwa lub po prostu działać na usługach przemysłu wydawniczego, oraz c) jeżeli sami przejawiają talent, mogą obrócić pisanie recenzji w niezależną formę sztuki – kłania się tu Jorge Luis Borges – i człowiek w końcu czyta recenzje zamiast samych książek.

Tak czy owak, człowiek dryfuje po tym oceanie, w nawał­nicy szeleszczących zewsząd kart, i trzyma się kurczowo tratwy, choć nie wiadomo, czy ta utrzyma go na powierzchni. Można też wyrobić sobie własny gust, skonstruować własny kompas, zapoznać się z poszczególnymi gwiazdami i kon­stelacjami – przyćmionymi bądź jasnymi, lecz zawsze odleg­łymi. Zabiera to wszak mnóstwo czasu, łatwo się więc ze­starzeć i osiwieć, sunąc do wyjścia z lichym tomem pod pachą. Kolejna możliwość – albo po prostu część poprzedniej – to zdać się na poszumy: radę znajomego, sugestię zawartą w tekście, który przypadł nam do gustu. Wszyscy od dziecka znamy taką procedurę, która jakoś nigdy się nie zinstytuc­jonalizowała (co nie byłoby takie głupie). Chociaż i ona stanowi marną asekurację, gdyż ocean dostępnej literatury wciąż wzbiera i rozlewa się (…).

 

Aby wyrobić sobie gust literacki, trzeba czytać poezję. Jeżeli ktoś sądzi, że przemawia przeze mnie zawodo­wa stronniczość, że usiłuję przeforsować interesy swojego cechu, to się myli – nie jestem bynajmniej związkowcem. Prawda wygląda tak, że poezja, jako najdoskonalsza forma ludzkiej mowy, nie tylko przedstawia doświadczenie ludzkie w najbardziej zwięzły, skondensowany sposób, lecz również ustanawia najwyższy standard wszelkich poczynań językowych – zwłaszcza na papierze.

 

Im więcej czyta się poezji, tym gorzej znosi się wszelkie wielosłowie, czy to w dyskursie politycznym, czy filozoficz­nym, w historii, w naukach społecznych czy w fikcji literac­kiej. Dobry styl w prozie jest zawsze dłużnikiem precyzji, tempa i lakonicznej intensywności dykcji poetyckiej. Poezja, dziecię epitafium i epigramatu, poczęte, zda się, jako skrót prowadzący do wszelkich tematów, cieszy się u prozy wiel­kim posłuchem. Uczy ją nie tylko wartości każdego słowa, lecz również żywych jak rtęć struktur psychicznych ludzkiego rodu, alternatyw kompozycji linearnej, smykałki do pomijania oczywistości, nacisku na szczegół, techniki antyklimaksu. Nade wszystko wyrabia w prozie ów apetyt na metafizykę, który odróżnia dzieło sztuki od zwykłej beletrystyki. Należy jednak stwierdzić, że w tym właśnie względzie proza jest dosyć leniwym uczniem.

 

W cyklu o czytaniu: Auden, Bachmann, Manguel, Marai, Nabokov.

Reklamy