Nieważne, czy pisze o bandzie degeneratów przemierzających prerię (Krwawy południk), o świecie, który uległ zagładzie (Droga), czy – jak w Suttree – o Ameryce włóczęgów i pijaczków, którzy z trudem wiążą koniec z końcem. Każda powieść McCarthy’ego całkowicie zagarnia czytelnika, od pierwszej do ostatniej strony kurczowo trzyma go przy sobie, nie pozwalając na chwilę wytchnienia. Nie inaczej jest w przypadku Suttree. Już pierwsze zdania poetyckiego, wizyjnego prologu, w którym McCarthy oprowadza nas po mrocznych zaułkach miasta, gdzie będzie się rozgrywała akcja książki, przynoszą obietnicę literackiej uczty:

w niebieskim świetle latarni biegną w ciemność tory tramwajowe, zakrzywiające się w tombakowym zmierzchu niczym kogucie ostrogi. Stal powoli oddaje nagromadzone za dnia ciepło – wyczuwasz je nawet przez podeszwy butów. Mijasz magazyny z falistej blachy, idziesz krótkimi, piaszczystymi uliczkami, gdzie zepsute auta stoją markotne na piedestałach z pustaków. (…) Budynki, którymi ostemplowana jest noc, przypominają fortecę, broniącą wstępu do leżącego dalej zapomnianego świata (…) To świat poza wszelką fantazją, złośliwy, realny i jedyny w swoim rodzaju; przepalone żarówki niczym obdarte ze skóry polipy, półprzezroczyste, w kolorze nagiej czaszki, sterczą ślepo nad ziemią, tu i ówdzie widać oka oleju maszynowego (…) Dalej w ciemności (…) rzeka wyładowana przeszłością jak pociąg.

Rzecz dzieje się w Knoxville, w stanie Tennessee, na początku lat 50. XX wieku. Jak każde miasto, tak i Knoxville ma swoją cieszącą się złą sławą dzielnicę – McAnally, którą zamieszkują  wszelkiej maści wykolejeńcy: bezdomni, pijacy, birbanci, rajfurzy, prostytutki, hazardziści, mordercy, złodzieje i im podobne figury. Bohater powieści, Cornelius Suttree – który z niewiadomych przyczyn porzucił dom rodzinny, żonę i dziecko – mieszka na barce, zajmuje się łowieniem ryb i stara się unikać kłopotów, jako że niedawno wyszedł z więzienia. Nie jest to łatwe, bo swój wolny czas spędza w mrocznych mordowniach McAnally, pijąc podejrzanej proweniencji whisky i przekomarzając się ze swoimi skorymi do awantur kumplami.

 

Suttree jest dobrze wykształconym, pochodzącym z zamożnej rodziny mężczyzną, ale ów mieszczański dobrobyt i związany z nim pakiet nakazów i zakazów zaczyna mu w końcu ciążyć. Wybiera życie wyrzutka, który co prawda musi martwić się o każdego centa, pić podłą kawę na śniadanie i niedojadać, ale jest wolny. Nad szarą codzienność w wykrochmalonej pościeli Suttree przedkłada przebywanie z ludźmi marginesu, którzy nie potrafią poprawnie wymówić słowa „całodobowa”, i senne koszmary, w których powraca obraz jego dawnego życia. Przede wszystkim jednak ucieka przed brakiem sensu i końcem: „Śmierć to coś, co noszą przy sobie żywi. Stan strachu niczym jakiś niesamowity przedsmak gorzkiego wspomnienia”. Włócząc się po zaułkach Knoxville, Suttree stara się ten lęk oswoić.

 

Miasto zajmuje w powieści wyjątkowe miejsce. Jest magnesem, który przyciąga przegranych, uwodzi ich pejzażami torowisk, tonących we mgle mostów, tajemniczych, podziemnych korytarzy i chylących się ku upadkowi domów:

Obserwował to niewyraźne, graniastosłupowe miasto, zżerane przez ciemność aż po bladą, elektryczną nadbudowę, drogi, wiadukty i mosty wyrwane na całej długości z półmroku przez niespodziane latarnie i reflektory aut, jadących przez niezgłębioną ścianę deszczu i nocy.

Można powiedzieć, że McCarthy zrobił dla Knoxville to, co Joyce dla Dublina. Zresztą podobieństw pomiędzy Ulissesem i Suttree, o których wspominałem przy okazji porannego golenia, jest znacznie więcej. Suttree przypomina Leopolda Blooma – obaj opuszczają dom i rozpoczynają pełną niebezpieczeństw wędrówkę; obaj roztaczają „ojcowską” opiekę nad mniej zaradnymi  (Bloom nad pijanym Dedalusem, Suttree – nad Harrogate’em). Bohaterowie mieszkają w nietypowym miejscu (wieża/barka), odwiedzają podobne przybytki (puby, burdele), z namaszczeniem zajmują się przygotowywaniem posiłków (nerka/ryba). McCarthy stosuje wreszcie tę samą co Joyce technikę strumienia świadomości, zwłaszcza w epizodach, w których Suttree ma halucynacje (jak Dedalus). No i jeszcze najbardziej czytelna aluzja: Suttree spotyka się z prostytutką o imieniu Joyce, a jeden z jego znajomych nazywa się Ulisses.

 

Minorowy nastrój powieści raz za razem przerywa dowcipna puenta („Któregoś dnia znajdziesz swoją wątrobę w skarpecie”) albo porównanie („szczerbaty jak dynia w Halloween”), więc nic dziwnego, że wydawca umieścił na okładce informację o tym, że Suttree jest „najzabawniejszą” książką w dorobku McCarthy’ego. Ja większy nacisk położyłbym na jej niesamowitą realność. Niezależnie od tego, co McCarthy opisuje – poławianie małży, bójkę w melinie czy pełną halucynacji wędrówkę po lesie – wrażenia są tak silne, jakbym stał obok: czuję zapach rzecznego mułu, smak krwi w ustach, widzę dziwne zjawy, które witają się z Suttreem. Genialna powieść.

Advertisements