Stary, stęchły album o pokrytych rudymi plamami, kruszących się kartkach wydawał się tchnąć niemiłą wonią krypty, jedna po drugiej odsłaniając martwe twarze o słabym, pozbawionym miłości spojrzeniu, skierowanym na kręcący się świat, maski niepewności przed zimnym, szklanym okiem aparatu fotograficznego, twarze wzdragające się przed celuloidową nieśmiertelnością albo po prostu oszołomione i zramolałe wskutek błyskawicznego upływu czasu. Starzy krewni po kądzieli wypluci przez wir, chudzi, popękani, niewyraźni i trochę niepotrzebni. Pejzaże, stare tła, też niepotrzebne, powtarzające się niezmiennie, jak gdyby zamieszkiwały inny świat niż ci oschli pielgrzymi, wyrzuceni na ich brzeg. Ślepy mozół w meszku powierzchni ziemi, obliczony na mrugnięcie oka pomiędzy stawaniem się i końcem. Jestem, jestem. Artefakt wcześniejszych plemion. (Cormac McCarthy, Suttree)

Kultowy album Wisconsin Death Trip Michaela Lesy z 1973 roku zawiera fotografie mieszkańców Black River Falls (Wisconsin), które historyk odnalazł w miejskich archiwach i sparował ze wstrząsającymi wycinkami z lokalnej gazety. Gdy w latach 90. XIX w. trwał w Ameryce kryzys ekonomiczny, miejscowość dotknęła plaga dyfterytu, która zdziesiątkowała dzieci. Większość mieszkańców popadła w obłęd. Miejscowy dziennik donosił o kolejnych morderstwach, samobójstwach i otruciach, kradzieżach i podpaleniach, duchach i wyłaniających się z jeziora potworach; tropiono czarownice, rozszalały się religijne i okultystyczne fanatyzmy. Wielu mieszkańców odseparowano w stanowym szpitalu psychiatrycznym. Prowincjonalna apokalipsa.

Advertisements