Powieść psychologiczna, powieść o artyście, satyra na klasę rządzącą, krytyka tabloidowego dziennikarstwa i rozprawka o eutanazji. Będąc tym wszystkim, Amsterdam jest też książką przeciętną, choć wystarczająco sprawnie napisaną, by McEwan otrzymał za nią w 1998 roku nagrodę Bookera.

 

W podsumowaniu powieści na complete review czytamy, że większości recenzentów nie podobało się jej absurdalne zakończenie – stąd średnia ocena końcowa. Moim zdaniem problem leży gdzie indziej: powieść McEwana jest zwyczajnie poprawna. Napisana bez wpadek, ale też pozbawiona wyrazistych postaci i zapadających w pamięć fragmentów; całość pozostawiła mnie doskonale obojętnym. A przecież McEwan – który od dawna gra rolę nadwornego literackiego moralisty – słynie z mocnych, poruszających książek, których bohaterowie poddawani są różnego typu eksperymentom moralnym.

 

Akcja powieści rozpoczyna się, podobnie jak w debiutanckim Betonowym ogrodzie, od śmierci postaci, która odgrywała niepoślednią rolę w życiu pozostałych bohaterów. W Amsterdamie są to Vernon Halliday, redaktor szmatławca „The Judge” oraz Clive Linley, kompozytor, który pracuje obecnie nad symfonią milenijną. Kiedyś byli kochankami zmarłej Molly; teraz są przyjaciółmi, których łączą wspomnienia z młodości oraz niechęć do owdowiałego George’a Lane’a.

 

Obaj są głęboko wstrząśnięci śmiercią przyjaciółki, bo uświadamiają sobie, że wkrótce może nadejść ich kolej. Ponaglani czasem, podejmują dwuznaczne moralnie decyzje. Vernon – chcąc ratować swoją gazetę – publikuje zdjęcia kompromitujące ministra spraw zagranicznych. Clive jest świadkiem napaści na kobietę, ale nie spieszy jej z pomocą, ponieważ akurat spłynęła na niego artystyczna wena. Bohaterowie mają więc wygodne wymówki, McEwan dobitny przykład upadającej moralności i zła czyhającego w każdym z nas, a czytelnik – przewidywalne i rozczarowujące studium ludzkiej psychiki i jej dysfunkcjonalności.

 

Na plus trzeba McEwanowi policzyć przekonujące opisy środowiska dziennikarzy (czających się za teleobiektywami, żądnych sensacji reporterów, poranne kolegia redakcyjne, walkę o stołki) i udane fragmenty przybliżające kompozytorskie męki Clive’a, które przypominają nieco Przegranego Bernharda (nawiasem mówiąc, wątek przyjaźni, który McEwan traktuje dość pobieżnie, też ma ciekawsze rozwinięcie w innej powieści Austriaka, Bratanku Wittgensteina). Na satysfakcjonującą lekturę trochę to jednak za mało – wolę McEwana w dłuższych formach, gdzie nie odnoszę wrażenia, że autor spieszy się z zakończeniem powieści.

Advertisements