Poprzedni kawałek Michaśki – Margot – to była klapa po całości, zjechana zarówno przez krytykę, jak i czytelników. Do Drwala podchodziłem więc jak pies do jeża, ale pozytywne recenzje, w których powtarzano, że w nowej powieści Witkowskiego jest Gombrowicz, powieść przygodowa w duchu Bahdaja, Nienackiego i Niziurskiego, kryminał, drwina, dla każdego coś miłego, w końcu mnie przekonały.

 
Na początku powieści bohater-narrator – który aż się prosi o utożsamienie z Witkowskim – sygnalizuje dwie ważne sprawy. Po pierwsze, grubą kreską odcina się od dotychczasowego lajfstajlu:

Miałem dosyć stałego dostępu do Internetu, kupczenia swoim ciałem na Facebooku, czytania gównianych plotek, brandzlowania się, rozkojarzenia, latania po warszawskich galeriach sklepów, chciałem wyciszenia.

Po drugie, deklaruje: „Jeszcze raz, od początku, nauczę się pisać”. Zwija więc manatki i w listopadowej szarówce („codziennie święto zmarłych”) wsiada do pociągu, który wywozi go do leśniczówki nad Bałtykiem. Tam zaczyna pracować nad nową powieścią – kryminałem.
 
Nie tak dawno mówiło się jeszcze o kryzysie powieści – że zwróciła się do siebie, jest egoistyczna, autotematyczna, zniechęcająca czytelnika, o nadwątlonej fabule – i w tych rozważaniach kryminał często powracał jako antidotum na uwiąd powieści. Kryminał to ostoja fabuły: przecież musi być trup, śledztwo i rozwiązanie. Książka pisze się praktycznie sama. Nic zatem dziwnego, że Witkowski „ucząc się pisać”, sięgnął właśnie po ten gatunek i umiejętnie go sparodiował. Wszystkim to wyszło na dobre, bo Drwal jest pożerającym czas, klimatycznym page-turnerem.
 

Wracając do listopadowej szarówki w posezonowych Międzyzdrojach – najlepiej rzecz opisuje autor:

dźwięk dzwonów jak na pogrzeb, a w powietrzu zapach mrozu i węglowego pyłu, z nutą portu na dnie. (…) Węglowy pył leżący na kopie przymarzniętego śniegu. Melancholijne szczekania burków. Malownicza para z ust. (…) Pornografia nędzy i szarzyzny. Rdzewiejące lody, zbutwiałe gofry, odłażące z farby kurczaki, wielka kiełbasa z rożna, z której uszło powietrze, wielki Presley ruszający głową obsrany przez mewy, olbrzymi gofr sflaczały, a czerwone żarówki rozbite. Gabinet figur woskowych zamknięty, Scena – dyskoteka w pianie i bitej śmietanie – zamknięta, moknąca reklama Bols Vodka zdarta.

Idealne miejsce, by się wyciszyć. Ale bohater Drwala zaszywa się głębiej, na zupełnym odludziu, w leśniczówce, wokół której – jak pisał Gombro w Pornografii – wiecznie panuje „zmierzch, ta substancja, która zjada kształt”. W ogóle powieść Witkowskiego wokół Pornografii krąży: łączy je motyw wyjazdu na „wieś”, fascynacja chłopcem/lujem, no i rzecz jasna język.

 
W leśniczówce mieszka ów tytułowy drwal, persona skomplikowana i gburowata, otoczona antykami, filiżankami z XIX wieku, czytająca Rilkego w oryginale, ale też racząca się pornosami, Światem według Kiepskich i uzależniona od środków psychotropowych. W tym sprzyjającym wszelkim odchyłom miejscu Michaśka odkrywa, że Drwal kryje jakąś krwawą tajemnicę, i jej tropem zaczyna podążać. W śledztwo angażuje miejscowego przystankersa, luja, którego chce uwieść, który – znów Gombrowicz – jest przez Michaśkę „a priori zgwałcony”. Rzecz się coraz bardziej gmatwa, pojawia się miejscowa mafia, hochsztapler z Norwegii, piękna kobieta itd., a cała afera, jak się okazuje, sięga czasów głębokiej komuny, gdy w nadmorskich kurortach wypoczywali różnej maści aparatczycy.
 
Od czasu do czasu Witkowski machnie portret naszych pokręconych czasów i ich bohaterów. Są „najebani piwem z kija faceci z polskich miast i wsi”, są warszawscy hipsterzy, jest medialny ostrzał: „non stop newsy i gadające głowy, bardzo zaaferowane, jakby ktoś wdepnął w ich medialne mrowisko. Różne pańcie z mikrofonami ważące czterdzieści kilo w kozakach nadawały od rana do nocy, pobudzone tysiącem kaw. Tusk się wypowiadał, ale że czynił to bez głosu, stawał się jakoś podobny do ryby”.
 
Fajnie się Drwala czyta, jak przygodówkę jakąś, a pisarz zadbał o to, by wszyscy byli zadowoleni. Są kąski dla tropicieli nawiązań literackich, jest pornografią podszyte polowanie na luja – powrót do spektakularnego Lubiewa, są tajemnicze, zrujnowane ośrodki wypoczynkowe, w których ponoć jakieś skarby zakopano. Jest dystans do swoich książek (aluzje do Lubiewa, Barbary, Margot) i spojrzenie z ukosa na samego siebie, czyli to, czego zabrakło wcześniej:

Żyjemy na łonie natury długo i szczęśliwie, on łowi ryby, ja haftuję obrusy tradycyjną metodą, robię dzbany, plotę koszyki, bardzo się wyciszam. Piszę poezję afirmującą świat i ludzi, pełną światła i zgody na los. Taką a la ksiądz Twardowski, o biedronkach. Że żyję na łonie natury. Słoje drzewne. Krytycy pieją, późna, dojrzała poezja trudnej afirmacji! Nareszcie koniec z kurewstwem, nareszcie koniec z jedzeniem gówna, wreszcie mądrość, Bóg i afirmacja!

Reklamy