Zafrapowała mnie biblioteka, także z mahoniu. Zajmowała trzy ściany, ale była praktycznie pusta. Na każdej półce stały po dwie, trzy książki, dla ozdoby, w stylu kiepskich dekoratorów wnętrz, którzy dostarczając klientowi świadectw nieautentycznej kultury, przewidują miejsce na pseudochińskie wazy, afrykańskie fetysze, srebrne talerze, kryształowe karafki. (…) Niemożliwe, żeby dziadek, księgarz i kolekcjoner, godził się na pustą bibliotekę. I rzeczywiście, na jednej z półek stała w srebrnych ramkach fotografia, zrobiona najwyraźniej z rogu pokoju, kiedy słońce padało przez okno na biurko. Siedział za nim dziadek z lekko zdziwioną miną, bez marynarki (ale w kamizelce), wciśnięty prawie między dwie sterty brulionów i podniszczonych książek, zawalające biurko. Widoczne za nim regały były zapchane książkami, wśród których wznosiły się nieporządnie poukładane stosy gazet. W kącie, na podłodze, dostrzegało się inne sterty – chyba czasopism – oraz pudła pełne papierów, postawione tam może tylko po to, żeby ich po prostu nie wyrzucić. No właśnie, tak musiał wyglądać pokój dziadka za jego życia: magazyn zbawcy wszelkich druków, które kto inny wyrzuciłby na śmietnik, ładownia statku widma, przewożącego zapomniane dokumenty z jednego morza na drugie, miejsce zatracenia, jeżeli chciałoby się grzebać we wszystkich stosach i stertach.

 

Umberto Eco, Tajemniczy płomień królowej Loany, przeł. Krzysztof Żaboklicki, Noir Sur Blanc, Warszawa 2005.

Reklamy