„Pisać fragmentami: są one wtedy kamieniami na obwodzie koła: rozkładam się koliście: cały mój mały świat w kawałkach; a co w środku?”. W środku oczywiście Roland Barthes („to książka o Ja”), o czym dobitnie przekonuje tytuł (zwłaszcza francuski: Roland Barthes par Roland Barthes), ale przecież nie tylko o nim. Przeglądam się w Barthesa idiosynkrazjach i upodobaniach jak w lustrze; bohaterem tej książki jest w takim samym stopniu on, co i ja. Utożsamiam się z Barthesem niby z jakąś powieściową postacią, jestem trochę tym zakłopotany, a potem trafiam na fragment, w którym czytam, że „materia tej książki jest więc w ostateczności całkowicie powieściowa”. Rozgrzeszenie.

 

Lubię Rolanda Barthesa od pierwszego zetknięcia, już nie pamiętam, czy to była Przyjemność tekstu, Światło obrazu, czy Fragmenty dyskursu miłosnego, pamiętam, że z lektury tych charakterystycznych, obezwładniających fragmentów – bo chyba każda jego książka jest z nich zbudowana – zawsze płynęła przyjemność. Kiedyś miałem więcej frajdy, czytając o pisalnym i czytelnym, o rozgwieżdżaniu się tekstu, o doksie, dyskursie etc.; dzisiaj bardziej interesuje mnie Barthes prywatny, odsłaniający się, który na chwilę rezygnuje z filozoficzno-językowo-literackich rozważań, by mówić o sobie, by żonglować okruchami wspomnień.

 

Przez całe pisane życie Barthes pracował na fiszkach; ponoć zapisał ich około 15 tysięcy. „Na pociętych na cztery części kartkach notatki przeróżnego rodzaju: od bibliograficznych wskazówek po analityczne mikroeseje. Valérie Marin La Meslée określiła je mianem laboratorium pisma”. Doskonale rozumiem to uwielbienie fragmentu, odprysku, bo moje „notki” – nie przymierzając – są wynikiem tych samych emocji: kompulsywnej myśli, euforii, niechęci, nudy. Gdy piszę, podobnie jak Barthes czuję, że jest to „sucha, ascetyczna rozkosz, daleka od wylewności”, ale z drugiej strony „byłbym niczym, gdybym nie pisał”.

 

W swojej quasi-autobiografii Barthes nie jest wylewny, choć ma po temu niejedną okazję. Nie byłby jednak sobą, gdyby nie okrasił wspomnień odrobiną teorii, nie bronił się przed mitologizowaniem dzieciństwa, nie unikał nostalgii. Ale to wszystko – skrywana czułość – w tej książce jest; ujawnia się, gdy Barthes pisze np. o rozkoszy „poranków w U.: słońce, dom, róże, cisza, muzyka, kawa, praca, aseksualna błogość, brak agresji…” albo o „białym pyszczku tramwaju dzieciństwa”, które powraca w książce najczęściej:

Z przeszłości najbardziej fascynuje mnie moje dzieciństwo; tylko ono, gdy na nie patrzę, nie budzi we mnie żalu za minionym czasem. Nie widzę w nim bowiem nieodwracalności, lecz nieredukowalność: wszystko, co wciąż we mnie jest – dostępne; w dziecku odczytuję wprost mroczną stronę siebie: nudę, nadwrażliwość, skłonność do rozpaczy (na szczęście różnorodnej), wewnętrzne wzruszenie, niestety odcięte od wszelkiej ekspresji.

Innym ważnym tematem – jeśli nie najważniejszym – jest ciało, słowo-klucz, siedlisko upodobań i niechęci, szeroko rozumianej seksualności; „moje ciało nie jest takie same jak twoje”. Ciało jest targane histerycznymi napadami nudy i migrenami („migrena, mitologiczny atrybut mieszczki i literata”), jest też, podobnie jak pisanie, źródłem (często perwersyjnej) rozkoszy:

perwersja po prostu d a j e  s z c z ę ś c i e; a żeby być bardziej dokładnym – obdarza pewnym b a r d z i e j: jestem bardziej czuły, bardziej uważny, bardziej rozmowny, bardziej rozbawiony i tak dalej, a w owym  b a r d z i e j  tkwi różnica (…).

Znakiem rozpoznawczym tej książki jest rozkosz, przejmujące, narastające w czytelniku pragnienie nieustannego cytowania, układania fragmentów według innego porządku niż alfabetyczny, zgodnie z którym zostały ułożone przez autora. By tej pokusie się oprzeć, by nie odgrywać roli kopisty, przerywam, nieco perwersyjnie, w tym miejscu.

Reklamy