Finnegans WakeFinneganów tren. Leży na półce od kilku dni, przeglądam, podczytuję na chybił trafił, ważę tę potężną książkę w dłoni; czytać mi się jej w całości, na raz, po prostu nie chce. I chyba nie da się jej tak po prostu przeczytać – trzeba zrobić zapasy, zabarykadować się w mieszkaniu i brnąć przez nią całymi tygodniami, nadgryzać i smakować.

 

To, co czytam o Finneganów trenie, zachęcające nie jest. Krzysztof Bartnicki (autor spolszczenia) wyznaje, że tłumaczenie było mordęgą, że – czując się przez Joyce’a oszukany – chciał „dorżnąć skurwysyna, zabić, zgwałcić, wypalić do gołego morfemu”, a po skończeniu pracy, która zajęła 13 lat, nie przeczytał gotowej całości. Z kolei w pierwszych „recenzjach” powieści jak echo powraca stwierdzenie, że sens Finneganów trenu jest głęboko ukryty. Przynajmniej przed zwykłym czytelnikiem, który nie ma zamiaru obłożyć się słownikami i literaturą przedmiotową, by zgłębiać tajemnice dżojsowego języka i wyobraźni.

 

Finneganów tren to modelowa książka z gatunku tych, o których można rozmawiać, mimo że się ich nie czytało. Fabuła powieści była streszczana tyle razy, że wszyscy zainteresowani mniej więcej orientują się, o co chodzi; imiona bohaterów – Anna Livia Plurabelle, Shem i Shaun, Earwicker – brzmią znajomo. Wiadomo, że o ile Ulisses był „dniem”, to Finnegans Wake jest „nocą”, że powieść nie została napisana czystą angielszczyzną, ale mieszanką przeróżnych języków, w której piętrzą się neologizmy i wszelkiej maści gry językowe (ładnie nazwał ten język jednej książki Bartnicki: bibliolekt). Wiadomo, że Joyce przykładał wagę do tego, jak książka ma być wydana; polska wersja spełnia te wymagania – ta sama liczba stron, ta sama paginacja itd. Powieść Joyce’a jest w końcu sztandarowym dziełem liberatury, o której Zenon Fajfer – autor terminu – pisze:

Liberatura to taki rodzaj literatury, w którym tekst i materialna forma książki tworzą organiczną całość, a wszelkie elementy, w tym również niewerbalne, mogą być nośnikami znaczenia. W utworze liberackim znacząca jest więc nie tylko warstwa słowna, ale także fizyczna przestrzeń i konstrukcja książki, jej kształt, format, układ typograficzny. Istotne mogą być wielkość, krój i kolor pisma, ale też niezadrukowana powierzchnia kartki, zintegrowany z tekstem rysunek czy fotografia, wreszcie rodzaj papieru lub innego materiału. Nie bez znaczenia są wszelkie wartości numeryczne: wymiary tomu czy liczba stron, słów, a nawet pojedynczych znaków. Czytelnik ma do czynienia z dziełem totalnym (…).

Czy Finneganów tren jest dziełem totalnym? Nie wiem. Joyce przekroczył w tej powieści tak wiele granic, że w praktyce wyszedł poza literaturę; dla mnie polskie wydanie Finnegans Wake jest wydarzeniem raczej liberackim niż literackim. Ta książka nie jest powieścią, ale niekończącą się łamigłówką. Na przedsmak polecam lekturę Finnegansowego ABCw którym Katarzyna Bazarnik zgrabnie tłumaczy pochodzenie i znaczenie pojawiających się w książce akronimów HCE i ALP. Rozwiązywanie tych zagadek nie prowadzi jednak do żadnego sensu, bo – jak sądzę – Finnegans Wake/Finneganów tren to większej mierze dźwięk/rytm niż fabuła/sens. Podsumowując: jako fan Joyce’a cieszę się, że mogę tę książkę mieć i gratuluję wytrwałości tłumaczowi; jako czytelnik mam wątpliwości, czy Finneganów tren nie jest satysfakcjonującą zabawą li tylko dla wykładowców akademickich.
Reklamy