Bach for my baby, piękny, mylący tytuł, bo po lekturze Obsoletek i Dwóch fiatów byłem przekonany, że jak baby, to znów będzie o byciu matką i żoną, a tymczasem wiersze są o byciu kochanką, o nocach przed komputerem i mailach, które są namiastką bliskości. Więcej tu erotyzmu i czułości, mniej ironii i śmierci, do której przyzwyczaiły wcześniejsze książki. Bargielska pisze o kobietach jak nikt inny, pisze tak zachwycająco, jak Świetlicki pisze o mężczyznach. „Słucham, jak bohaterowie Bach for my baby mówią, że kochają – i raczej im wierzę” – mówi poetka; ja jej bohaterom wierzę bezgranicznie.

„U podstaw lirycznej architektury wierszy Bargielskiej tkwi zasadnicze pytanie o dyskurs miłosny. Pytanie, które jest pęknięciem w iluzji. Tak, o miłości pisać można, ale tylko w obliczu utraty. Kiedy walka ma się ku końcowi i trzeba coś zrobić z nadwyżką braku”

– pisze Radosław Kobierski, też poeta, o nowym tomiku Justyny Bargielskiej (polecam cały tekst). Bach for my baby to systematyczne opisywanie straty, od wyjściowego „zgodziliśmy się co do tego, że powinniśmy ze sobą mieszkać / ale nie, że powinniśmy zamieszkać razem. Język / uratował nas przed życiem”, po końcowe „Mnie już nic nas nie przypomina. / Raz zgrzeszyłam przeciwko tobie i tyle otwarło / mi to możliwości”.
 
Justyna Bargielska, "Bach for my baby", Biuro Literackie, Wrocław 2012Pomiędzy końcem a początkiem rozgrywa się w Bach for my baby intymna, obudowana charakterystycznymi niedopowiedzeniami historia miłosna, ale nie tylko. Bargielska pokazuje, jak trudno uwolnić się od codziennych zobowiązań i utartych schematów, ile trzeba włożyć starań, by zachować samą siebie. Bach for my baby jest w jakimś stopniu gorzką polemiką z Obsoletkami, których bohaterka z taką afirmacją mówiła o macierzyństwie. W nowym tomie poezji pobrzmiewa rozczarowane „Muszę wrócić dawać życie, a nie je brać”. Z tego rozczarowania powstają jednak piękne wiersze.

Harfa daje radę

To jest ten moment, w którym wszystko jest na swoim miejscu,
mąż przy stole, a nie mąż w pociągu,
dzieci donoszone w kojcach a upuszczone w otchłani,
pies w czystej pościeli a śmierć zawsze za progiem.
Nic, o czym chcielibyście pisać, się nie wydarzyło,
więc moc nie musi truchleć.
I nie truchleje.
Nikogo tu nie zapraszam,
z nikim się nią nie dzielę.

Co było złote

Skończywszy z tobą rozmawiać, zobaczyłam, że idę
w absolutnej ciemności. Jakoś wróciłam,
ale i tak potem do laptopa przyleciała ćma,
żebym pamiętała, że nie zawsze tak łatwo wrócę,
i żebym się serio ogarnęła. Co było złote,
stało się szare, bo wyobrażałam sobie, że już zawsze
będę wypływać daleko w morze i wracać
jak rodzaj rozanielonej foki. Co było złote,
stało się asfaltem, bo skończyłam rozmawiać z tobą
i muszę wrócić dawać życie, a nie je brać. I wiele jeszcze
nocnych owadów przyfrunęło do mojego laptopa
tej okropnej nocy,
 
gdy co było złote, stawało się szare, i przez chwilę,
naprawdę, myślałam, że położę się w tym lesie,
żeby mnie zjadły dzikie zwierzęta tego regionu,
lwy, wielkookie sarny i wytęsknione świetliki,
ale potem wstałam, odeszłam i postanowiłam
cię kochać, a także napisać o tym wiersz tak dyskretnie
rymowany, że tylko ty usłyszysz
tę melodię. I co było szare, stało się złote.

Zrozumienie metafory

Co najmniej dwa niepotrzebne psy i jeden zbędny mężczyzna.
Któregoś dnia wreszcie zamykam oczy i oglądam
swoje życie, garść przewleczonych koralików,
a w nich wzgórza i kościoły, i popołudnia,
gdy z krótkiego snu budziłam się z płaczem. I więcej kościołów.
 
I ten najgorszy moment, gdy jestem dzieckiem,
dzieckiem za szafą, pod stołem, ukrytym
za paltami niezapowiedzianych gości, płaczącym,
proszącym bez wiary, mającym się urodzić.

Advertisements