Gdybym miał wskazać powieść, która klimatem przypomina Samobójczynie Jeffrey’a Eugenidesa, bez wahania wybrałbym Weisera Dawidka Pawła Huelle. Narracja obu książek jest prowadzona z punktu widzenia dorosłych osób, które po kilkudziesięciu latach wracają do zagadkowych wydarzeń z dzieciństwa. W powieści Huellego grupa chłopców jest zafascynowana tajemniczym, niepokojącym Weiserem, który pewnego dnia znika bez śladu i nigdy się nie odnajduje. Zarówno narrator, jak i czytelnik nie mają pewności, co wydarzyło się naprawdę, a co było tylko dziecięcym zmyśleniem.

 

W książce Eugenidesa podobną obsesję i niepewność wzbudza wśród nastoletnich mieszkańców zamożnego amerykańskiego przedmieścia pięć sióstr Lisbon. Jak dowiadujemy się z pierwszego zdania powieści – wszystkie popełniły samobójstwo, a doskonale napisana historia, którą czytamy, jest swego rodzaju śledztwem, próbą znalezienia odpowiedzi na pytanie „dlaczego to zrobiły?”. Samobójczynie (w tłumaczeniu Witolda Kurylaka Przekleństwa niewinności) rozgrywają się w ciągu „roku samobójstw”, czyli w okresie, który upłynął od śmierci najmłodszej Lisbonki, Cecilii, do śmierci pozostałej czwórki. W tym czasie dziewczynki zostają przez swoich rodziców praktycznie uwięzione w domu; nie mogą chodzić do szkoły ani kontaktować się z rówieśnikami. Zakochani w Lisbonkach chłopcy próbują wszystkiego, by się z nimi skontaktować, ale ich próby spełzają na niczym. Widzą tylko murszejący, chylący się ku upadkowi dom Lisbonów – metaforyczną zapowiedź tragedii:

Powolny rozkład domu teraz zaczął być coraz bardziej widoczny. Zauważyliśmy, jak podarte są zasłony, a potem zdaliśmy sobie sprawę, że nie patrzymy na zasłony, lecz na skorupę brudu, w której wyskrobane zostały małe judasze. (…) Również rynny zaczęły się wyginać. (…) Za dnia dom Lisbonów sprawiał wrażenie opuszczonego. (…) uderzał nam w nozdrza gnijący zapach.

Śledztwo prowadzone przez zrozpaczonych chłopców – które z biegiem lat przeobraziło się w nostalgiczny, podszyty bólem rytuał oglądania starych zdjęć Lisbonek i ukradkowego dotykania skradzionych im przedmiotów – nie przynosi żadnych rezultatów, co najwyżej garść krzywdzących oskarżeń. Czy winna była matka dziewczynek, bo stosowała przesadnie surowe, pruderyjne zasady wychowawcze (zakaz randkowania, malowania się, czytania kobiecych czasopism), które miały uchronić dziewczynki przed dojrzewaniem? Ojciec – bezwolny wykonawca jej poleceń? A może dziewczynki były opętane? Albo cierpiały na depresję po śmierci siostry,  „samotne w samobójstwie, które jest czymś głębszym niż śmierć”?

 

Co ciekawe, Samobójczynie nie są książką ani przytłaczającą, ani depresyjną, wręcz przeciwnie – czasem trudno powstrzymać się od śmiechu. Wszystko jest tutaj spowite aurą niesamowitości rodem z powieści realizmu magicznego: na miasteczko spada plaga chrząszczy, a domy oblepione są truchełkami jętek jednodniówek. Groza miesza się z komizmem, prawda ze zmyśleniem. Powietrze wibruje erotyką. Świetna powieść, skąpana w niedopowiedzeniach.

Advertisements