Najnowsza, niepozorna – liczy niecałe sto stron – książeczka Andrzeja Stasiuka, Grochów, jest dokładnie o tym, czego zabrakło mi w Dzienniku pisanym później. Stasiuk nie poświęca już tyle uwagi podróżom, nie opisuje szczegółowo odwiedzanych miast i krajów. Pisze za to o bliskich sobie ludziach, o starzeniu się i umieraniu; pisze gorzko, z rezygnacją, swoją charakterystyczną, chłodną frazą, którą dobrze znamy z wcześniejszych książek. Każde z czterech „ni to wspomnień, ni to opowiadań” z Grochowa naznaczone jest śmiercią: w pierwszym odchodzi babka narratora, w kolejnych – znajomy pisarz, zniedołężniała suka, długoletni przyjaciel. „Wszystko trwa, a my zostajemy coraz bardziej sami”, mówi Stasiuk, ale przecież

nie od razu jesteśmy śmiertelni. Wtedy nie byliśmy. I jeszcze przez wiele lat. Teraz wracam do nich. A może to one przychodzą do mnie? W środku dnia, w pół czynności. Tamte dni. Gdy nic nam nie groziło.

Ten miniony czas „nieśmiertelności” – dzieciństwo i dorastanie w PRL-u, pierwszą przyjaźń, młodzieńcze wyprawy – pięknie opisuje w najobszerniejszym, tytułowym opowiadaniu, które rozgrywa się w kilku planach czasowych. Mamy tu wspomnienia czterolatka, dla którego pępkiem świata był Plac Szembeka, „podwórko ze sraczykiem i rwetesem oglądane z okna i opustoszały kościół”. Są wyprawy autostopem, wieczorne ogniska, pierwsze wyjazdy za granicę, która wydawała się czymś o wiele lepszym niż warszawski Grochów w latach 60.:

Miasto zatrzymywało się w pół kroku jak nad urwiskiem, jakby traciło oddech albo wpadało w osłupienie na widok tej przestrzeni glinianek, psich wygonów, blaszaków, torowisk i całego tego badziewnego cudu. (…) Wszędzie zakradało się nieplewione zielsko, ugór i nieużytki. Wieś już się skończyła, lecz nic się nie zaczęło. Baraki, spłowiała papa, parter. Miasto wstawało gdzieś w oddali. Z wysokich nasypów Olszynki widać było czerwone zachodzące słońce i czarną sylwetkę Pałacu Kultury.

Z biegiem lat Plac Szembeka został zastąpiony innym symbolicznym centrum – fabryką. W Grochowie jest ona ucieleśnieniem losu przeciętnych mieszkańców dzielnicy, przed którym narrator chce za wszelką cenę uciec: „Było coś monstrualnego w tych tłumach wchodzących rano do wnętrza fabryki, do jej brzucha. Szli jak na zagładę, na pożarcie. Nasi ojcowie”.Ucieczka kończy się połowicznym sukcesem: narratorowi Grochowa już zawsze będzie towarzyszyć wrażenie, że „zdradził”, zbiegł z miejsca, które było mu przeznaczone.

 

Stasiuk po raz pierwszy pisze o starzeniu się i śmierci tak otwarcie i konsekwentnie – Grochów w całości składa się z czułych, bardziej lub mniej rozbudowanych nekrologów, opowiadań-pożegnań. Śmierć – „stara kobieta o dobrotliwej, ironicznej twarzy, twarzy mojej babki” – jest zaraźliwa: „uczestnicząc w śmierci innych ludzi, w śmierci bliskich, sami trochę umieramy”.

 

W zamykającym tomik opowiadaniu, które jest zapisem wyprawy dwóch przyjaciół do Piranu, to bezradne uczestnictwo w czyimś umieraniu zostaje przedstawione najpełniej. Narrator i jego śmiertelnie chory przyjaciel podejmują ostatnią próbę ucieczki, z góry skazaną na niepowodzenie, bo przed śmiercią nie można uciec – na nic te wszystkie wyjazdy, oszukiwanie losu, unikanie rozmów o starzeniu się i umieraniu. Prawda być może oczywista, ale Stasiuk podaje ją w pięknych dekoracjach. Na pocieszenie stwierdza: „nie straciliśmy pamięci”, mamy wspomnienia:

Lipiec, może sierpień. Pociąg jechał do Łupkowa. Stare trzy albo cztery zielone wagony i parowa lokomotywa. Siedzieliśmy na samym końcu składu, na stopniach ostatniego wagonu. Paliliśmy papierosy. Ich zapach mieszał się z zapachem dymu z lokomotywy i upałem. Siedemdziesiąty siódmy albo siedemdziesiąty ósmy. Byliśmy wolni. Tak nam się wydawało.

Reklamy