Druga książka Filipa Springera dotyka podobnych problemów, co debiutancka „Miedzianka. Historia znikania”. Autor jest zafascynowany tym, co zapomniane, porzucone, co zostało zepchnięte na margines lub przestało istnieć. Tytułowe „Źle urodzone” to modernistyczne budynki, które wzniesiono w czasach PRL. Za komuny przeżywały świetność, po jej upadku zaczęły niszczeć, straszyć obdrapaną elewacją i brudem. W końcu – znikać, jak wyburzony w  ubiegłym roku dworzec kolejowy w Katowicach.

Urodziły się w złym czasie, trudnym, bolesnym, byle jakim i parszywym. I jakby tego wszystkiego było mało, gdy czasy się zmieniły, kojarzono je już tylko z tamtą peerelowską bylejakością.

Springer rusza tropem „źle urodzonych”, starając się znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego traktuje się te miejsca po macoszemu – czy chodzi tylko o wspomnianą niechęć do PRL-u, która sprawia, że chce się o tych miejscach zapomnieć, zrównać je z ziemią? Dworce w Katowicach i Warszawie, poznański Okrąglak, katowicki Spodek i Superjednostka, pawilon Chemii i Supersam w stolicy. Kiedyś były powodem do dumy, teraz, dwie dekady po upadku komunizmu, stały się – poza nielicznymi wyjątkami, jak np. osiedle Sady Żoliborskie – jakimś wstydliwym, niewygodnym wspomnieniem, którego należy się pozbyć. Część z nich już wyburzono.

 

Choć podtytuł książki mówi, że reportaże są o architekturze PRL-u, to równoprawnymi bohaterami Źle urodzonych są architekci i architektki. W jakimś sensie też źle urodzeni – projektowali nowoczesne budynki, szukali nowatorskich rozwiązań, mieli wielkie ambicje i wyobraźnię, ale nie przystawali do siermiężnego PRL-u. Budowanie za czasów komuny było nieustającą walką. Nie tylko o materiały – stal, marmur i tafle szkła – ale też z komunistyczną biurokracją, układami, polityką. „Architektura to sztuka wyboru i rezygnacji”, mówi Mieczysław Król, architekt Superjednostki. Z przeprowadzonych przez Springera rozmów bije rozgoryczenie: w PRL-u „wybór” często sprowadzał się do octu i musztardy, a „rezygnacja” była chyba najlepszą, najmniej rozczarowującą taktyką. Bo jak inaczej można było znieść, na przykład, trzy dekady ślęczenia nad szkicem Dworca Centralnego w Warszawie, który był przez wierchuszkę nieustannie poprawiany?

Przez dwadzieścia sześć lat Arseniusz Romanowicz rozmyślał o dworcu. Rozmyślali też kolejarze, rozmyślała partia. Nad dworcem głowili się kolejno Bierut, Gomułka i Gierek. Każdy z tych myślicieli miał swój pomysł na dworzec, każdy dorzucał swoje pięć groszy. Zwykle, gdy jakaś genialna myśl dojrzała już na tyle, by ujrzeć światło dzienne, Arseniusz był wzywany do gabinetu kogoś ważnego (…).

Komuna i jej zadymione sportami gabinety w końcu zniknęły, ale ignorancja, z jaką mieli do czynienia powojenni architekci, trwa w najlepsze. Mimo zorganizowanych, masowych protestów i poparcia znanych postaci architektury, wyburzane są kolejne perełki polskiego modernizmu. Chyba najgłośniejszy, najbardziej medialny jest wspomniany na początku przypadek dworca w Katowicach. Gdy w końcu cofnięto zgodę na jego rozbiórkę, było już za późno. Mało brakowało, a Dworzec Centralny w Warszawie podzieliłby ten sam los.

 

Książka Springera otwiera oczy. Mieszkałem w Poznaniu sześć lat i nigdy nie zainteresowałem się Collegium Novum, Arsenałem czy Okrąglakiem. Po prostu były – szare, brudne, nieciekawe, jak wiele innych budynków, które wybudowano w PRL-u. Za każdym z nich kryje się jakaś historia, często gorzka, ale podszyta nostalgią. Springer wydobywa je na światło dzienne, wyciąga z lamusa, sprawia, że chcę wsiąść na rower i pojechać obejrzeć np. Kolonię I Haliny Skibniewskiej albo Przyczółek Grochowski Zofii i Oskara Hansenów, porównać je ze zdjęciami, poczuć na własnej skórze. W Źle urodzonych jest prawie dwieście fotografii budynków z różnych miast Polski – uzupełniają reportaże, wprowadzają w klimat epoki, w której dążenie do nowoczesności musiało iść pod rękę z absurdalnymi, politycznymi decyzjami. Ważna (i pięknie wydana) książka, która uczy patrzeć.

Advertisements