Nowa powieść Krzysztofa Vargi, Trociny, rozpoczyna się tak: „W dniu, w którym umarła Amy Winehouse, miałem potężną biegunkę”, po czym następuje szczegółowy opis nieprzyjemnych dolegliwości, z którymi boryka się bohater. To zdanie ustawia lekturę całości: fizjologia i cielesność odgrywają tu niepoślednią rolę, a cała książka jest naszpikowana różnego typu obrzydliwościami. Trociny są zapisem pełnego frustracji i jadu monologu, który prowadzi 50-letni Piotr Augustyn, przedstawiciel handlowy zatrudniony w jednej z warszawskich korporacji.

 

Augustyn jest rozczarowany sobą, innymi, Warszawą, Polską i nowoczesnością. Nie podoba mu się nic – może z wyjątkiem muzyki średniowiecznej. W swoich cynicznych tyradach nieustannie analizuje i wyśmiewa współczesność. Pisze o znienawidzonych, zawsze spóźnionych i śmierdzących kolejach państwowych, o kulcie nieświeżego kebaba i wszelkiego rodzaju smażeniny, o korporacyjnych rozgrywkach i strachu przed restrukturyzacją („cóż za obrzydliwy eufemizm, brzmi jak jakieś nazistowskie określenie”), o „kretyńskich spektaklach” Teatru Rozmaitości, „idiotycznych, pacykarskich” wystawach w CSW i „szalenie kontrowersyjnych” wykładach w Nowym Wspaniałym Świecie. Nienawidzi emblematów nowoczesności: ipodów, białych słuchawek wetkniętych w uszy pryszczatych chłopców w tanich garniturach i joggingu, który – podobnie jak żużel, skoki narciarskie czy wyścigi formuły 1 – uważa za sport spektakularnie idiotyczny. Do rangi symbolu naszych czasów urasta w jego oczach kawa latte w papierowym kubku i upokarzający rytuał spotkań w sieciowych restauracjach:

moi kontrahenci wolą spotykać się w kawiarniach sieciowych, wydaje im się, że to dodaje im prestiżu, poza tym wiedzą, że to ja będę płacił, a zawsze lepiej, jak ktoś nam postawi kawę w Starbucksie niż w kawiarni Marysieńka na przykład. Oni czują się w sieciowych kawiarniach bardziej profesjonalnie, (…) każdy nieudacznik z papierowym kubkiem café latte, który udaje, że się spieszy, sprawia wrażenie bardzo profesjonalnego. (…) papierowy kubek z café latte awansuje ich z nikogo na nikogo plus (…). Ile ja już widziałem w czasie moich wędrówek nadętych chłopców i nabzdyczonych dziewczynek pędzących ulicami z papierowym kubkiem w ręku, jakoby gdzieś bardzo się spieszących, podążających na niewymownie wręcz ważne spotkania, wysyłających wszem i wobec komunikat: jestem miejskim profesjonalistą, nie mam czasu na nic prócz mojej pracy, spotykam się jedynie z ludźmi o tym samym statusie, nie interesują mnie ludzie, którzy się nie spieszą i nie piją kawy ze spienionym mlekiem kupionej w tym miejscu, w którym ja zawsze ją kupuję.

Wychowany w powojennej Warszawie przez milczącą, nieopuszczającą kuchni matkę i ojca, budowniczego nowej, socjalistycznej ojczyzny, który „czuł się trochę małym dyktatorem, próbował tę swoją kieszonkową dyktaturę wprowadzić w życie w swoim państwie o powierzchni pięćdziesięciu ośmiu metrów kwadratowych”, Augustyn jest, z jednej strony, wykorzeniony ze wsi, z drugiej zaś – z miasta, w którym czuje się wieśniakiem. Jest postacią karykaturalną, zniechęcającą, ale też dojmująco samotną, która nie potrafi znaleźć wspólnego języka z rodzicami czy byłą żoną. Łatwiej Augustynowi utożsamić się z Hildegardą z Bingen, niż przyjemnie pokonwersować z koleżanką z pracy. Czytelnikowi z kolei dość łatwo przychodzi utożsamienie się z Augustynem, który – mimo że odpychający – w wielu kwestiach ma rację.

Krzysztof Siwczyk widzi w nowej powieści Vargi stylistyczne podobieństwo do szalonych i pełnych żółci monologów z powieści Thomasa Bernharda, i jest w tym sporo racji. Bohater Trocin – podobnie jak postaci z powieści Austriaka – znieważa wszystko i wszystkich, rozdaje ciosy na prawo i lewo, szczególnie nienawistnie pisze zaś o Polsce, „kraju zaludnionym przez bigos-prawicę i sushi-lewicę, za których plecami czai się nieustannie swojska, siermiężna, kartoflana klasa chłopska z Matką Boską na ustach, jeśli te usta nie są akurat zajęte jedzeniem kiełbasy i piciem wódki”. Augustyn, który sam wywodzi się z chłopstwa, ma kompleks pochodzenia, a powiat międliszewski – jego ojczyste strony – symbolizuje to, co w Polsce najgorsze, ciemnotę, gnój i smród:

jestem nieodrodnym synem tej brudnej ziemi, pełnej tłustych glist, nawożonej wcale nie krwią bohaterskich obrońców, ale flegmą z charkliwych splunięć, wymiocinami mężczyzn wracających z popijawy, uryną oddawaną ze znudzeniem, gnojem bezrefleksyjnego trwania.

Powieści „kalających własne gniazdo” jest u nas na pęczki, ale Trociny wyróżniają się na ich tle rozmachem i błyskotliwością. Jest to też książka inna od dotychczasowych powieści Vargi, bo nie ma tu w ogóle melancholii, która dominowała w Alei Niepodległości i Nagrobku z lastryko. Lektura Trocin niejednokrotnie wywołuje niesmak, jest nużąca i duszna, ale – mimo to – ciężko się od niej oderwać. Po skończeniu całości przychodzi oczyszczenie i ulga, bo przecież jesteśmy lepsi od Augustyna, choć nienawidzimy PKP, kebabów i korporacji tak samo jak on.

Advertisements