Jesienią 1946 roku do Niemiec przylatuje Stig Dagerman, korespondent jednej ze szwedzkich gazet, by – tak jak setki innych reporterów – zreferować rozmiar klęski Rzeszy. Jest to upadek ostateczny i widoczny gołym okiem: największe miasta leżą w gruzach, w których gnieżdżą się apatyczni ludzie, panuje głód i rozgoryczenie. Na powtarzane przez dziennikarzy pytanie: „czy było wam lepiej za Hitlera?” najczęściej pada odpowiedź twierdząca. Większości reporterów tyle wystarcza, by pisać o ciągle żywym duchu nazistowskim, o zasłużonej karze itd. Dagerman w ogóle takiego pytania nie zadaje. Nie kwestionuje winy Niemców jako agresorów, która jest oczywista; wychodzi jednak z założenia, że nie wszyscy byli przecież donosicielami, nazistami, członkami partii, więc czy ich cierpienie jest rzeczywiście zasłużone?

większość Niemców czuła się tamtej jesieni jak w zimnym deszczowym piekle. (…) Od ludzi (…) żądano, by swoją niedolę traktowali jak nauczkę. Zapomniano, że głód jest bardzo złym nauczycielem. Ktoś naprawdę głodny i całkowicie bezradny nie wini za to, że głoduje, siebie, lecz tych, od których, jak sądzi, powinien oczekiwać pomocy. (…) wini tych, którzy obaliwszy reżim zapewniający mu wyżywienie, nie są w stanie zapewnić mu warunków, w jakich żył przedtem. Nie jest to oczywiście moralny sposób rozumowania, ale głód nie ma nic wspólnego z moralnością.

Zwięzłe, świetnie napisane mini-reportaże Dagermana pokazują inną, mało znaną stronę upadku Rzeszy, której głównymi postaciami nie są żołnierze Wehrmachtu, SS czy partyjni, ale przeciętni mieszkańcy niemieckich miast. Jak pisze Elfriede Jelinek (!) we wstępie do Niemieckiej jesieni, „Dagerman oddaje tamtym głodującym i marznącym słowo, do którego wprawdzie nie mają prawa, lecz które także przekazuje jakąś prawdę”. Ta prawda jest w sumie dość oczywista (nic nie jest czarno-białe), ale też poruszająca.

 

Dagerman z zimnym obiektywizmem przygląda się pracy trybunałów denazyfikacyjnych i pierwszym wyborom demokratycznym, które pozostawiają Niemców zupełnie obojętnymi. Zagląda do wilgotnych piwnic zrujnowanych domów i kolejowych wagonów pozbawionych dachów, w których koczują wojenni uchodźcy. Widzi młode Niemki, które prostytuują się z amerykańskimi i angielskimi żołnierzami, by dostać puszkę konserwy albo czekoladę. Lektura Niemieckiej jesieni przełamuje w jakimś stopniu stereotyp Niemca-nazisty, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Jest testem empatii, który Dagerman z pewnością zdał.

Advertisements