W ramach reperowania budżetu nadszarpniętego urlopowym wyjazdem, przyjąłem ostatnio taktykę unikania nowości  wydawniczych. Zamiast więc czytać nowego Etgara Kereta – Nagle pukanie do drzwi – czytam jego Rury; zamiast Dziennika Jerzego Pilcha – Tysiąc spokojnych miast. Z Pilchem w ogóle mam tak, że jak zabiorę się za niego po dłuższej przerwie, gdy odwyknę już od tej charakterystycznej frazy, to wypada zachwycająco. Podobnie było tym razem.

 

Wydana w 1997 roku powieść – w nieistniejącej już, londyńskiej oficynie „Puls” – oczarowuje już pierwszym zdaniem: „Gdy ojciec i pan Trąba postanowili zabić I sekretarza Władysława Gomułkę, panowały niepodzielne upały, ziemia trzeszczała w szwach, rozpoczynała się udręka mojej młodości”. Pobrzmiewa tu słynne otwarcie Sklepów cynamonowych: „W lipcu ojciec mój wyjeżdżał do wód i zostawiał mnie z matką i starszym bratem na pastwę białych od żaru i oszołamiających dni letnich”, i trzeba przeczytać Tysiąc spokojnych miast choćby z tego powodu, żesąprzesiąknięte Schulzem.

 

Kolejny dobry powód to etos picia, którego poszczególne elementy rozsypane są na kartach powieści (swoją drogą, kupiłem wczoraj Moskwę-Pietuszki Jerofiejewa i po lekturze pierwszej strony już wiem, że jego etos picia z pewnością bije pilchowy na głowę). Kluczowe przesłania – zakarbujcie sobie – brzmią:

1) Nie dla smaku piję, ale dla wzmożenia egzystencji.

2) Mężczyzna ma tylko jeden dobry powód, żeby przestać pić, kiedy mianowicie spostrzega, iż na skutek picia głupieje. Inaczej powiem: prawdziwy mężczyzna może od wódki umrzeć, zgłupieć – nie śmie.

3) Alkoholowi profani pijący wyłącznie z uroczystego powodu lub świątecznej okazji to jest gatunek nikczemny.

4) Prawdziwy artysta spirytualiów pije wyłącznie bez powodu i bez okazji, co więcej, typowych okazji, w których zwyczajni śmiertelnicy nurzają się w błocku nieoczekiwanych dla siebie uniesień, on z całym arystokratyzmem unika.

5) Piłem całe życie i picie było moją pracą i moim hobby. Picie było moją sztuką, moim koncertem i moim kunsztownie napisanym sonetem. Picie było moim poznaniem, moim opisem, moją syntezą i moją analizą. Tylko amatorzy, laicy i grafomani twierdzą, że pije się po to, aby złagodzić potworność świata i stłumić nieznośną wrażliwość. Przeciwnie, pije się, by pogłębić ból i wzmóc wrażliwość.

 

Rzecz rozgrywa się na początku lat 60. ubiegłego wieku w Wiśle. PRL trwa w najlepsze. Bohaterowie Tysiąca spokojnych miast starają się „złagodzić potworność świata” na różne sposoby. Pan Trąba, niedoszły teolog owładnięty myślą o śmierci i bezsensowności życia, notorycznie pije. Pan Naczelnik (ojciec Jerzyka) z uwagą studiuje „Trybunę ludu” i „Tygodnik Powszechny”, źródła niekończących się inspiracji. Jerzyk wreszcie – kilkunastoletni narrator powieści – oddaje się pierwszym miłosnym uniesieniom i pasji zapisywania: notuje zawsze i wszędzie, zapisuje zasłyszane rozmowy (które właśnie czytamy), w końcu – nabierając wprawy – potrafi nawet przewidzieć, co kto powie. Mamy tu więc motyw narodzin pisarza, (Pilcha) portret z czasów młodości, i motyw pisania jako obsesji:

W tamtych czasach ani na chwilę nie rozstawałem się z ołówkiem i zeszytem, silniejsza nade wszystko wola zapisywania słów i zdań, które zostały przed chwilą albo które zostaną za chwilę wypowiedziane, kierowała każdym moim krokiem na jawie i we śnie. (…) Zmyślanie historii, w których się występuje, jest powinnością i nieodpartą pokusą prawdziwego mężczyzny, wymyślona historia jest pieśnią jego życia i śmierci.

Nie są to jednak sposoby wystarczająco skuteczne. Dlatego pan Trąba, natchniony mocną, domową nalewką, postanawia uczynić coś, co zapisze ich nazwiska złotymi zgłoskami, postanawia mianowicie przeprowadzić zamach na samego Mao Tse-tunga. Gdy okazuje się, że ze względów logistycznych (jak dotrzeć do Chin?) zamach nie może się udać, celem ataku staje się Władysław Gomułka. Jakie będzie narzędzie zbrodni podpowiada okładka. Czy zamach się udał – przekonajcie się sami.

Advertisements