Z wysokości drugiego piętra widać parking, wieżyczki
cerkwi i łuski tynku na ciele zmieniających skórę
bloków, dalej, za ścianą, ludzie przemierzający ulice
połykają sylaby, wstążka deszczu zaciska się na krtani,
schodząc widzisz dzieci wbiegające w obręcz kałuży, krople
na ich spoconych twarzach i słyszysz, już za plecami, komendy
siedmioletniego dowódcy, dalej, zatrzymujesz się, płótno
parasola, dotknięte od dołu, przemaka, mokre włosy krzepną,
ukryty w kurtce wilgotny banknot z Waryńskim drży z zimna,
za chwilę wydasz go, oddasz za zapałki i tytoń: tak jakby ten
kiosk był siedzibą Ochrany lub kantorem wymiany żywiołów:
jest lipiec, życie – odłożone na później – składa się w
kostkę i mieści w wewnętrznej kieszeni
 
(Marcin Sendecki, „Z wysokości”, 1987)
 

Przeglądałem wczoraj świetne, melancholijne fotografie Wojciecha Wilczyka zrobione na Dolnym Śląsku. Mieszkałem kiedyś w Świętochłowicach, które są na jednym ze zdjęć. Pamiętam ten klimat: osad z sadzy na śniegu, domy z brudnoczerwonej cegły, ponure bramy, przygnębieni ludzie. Wiersz Sendeckiego wybrał Wilczyk. Moim zdaniem komponują się doskonale.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

(zdjęcia Wojciecha Wilczyka)

Reklamy