3 października 1957 roku sędzia Clayton W. Horn ogłosił wyrok: Skowyt Allena Ginsberga, mimo zawartych w nim obscenów, można rozpowszechniać, czytać, cytować. Beat generation zyskała tamtej jesieni jedną ze swoich świętych, histerycznych ksiąg; pierwsze wersy Skowytu były na ustach wszystkich włóczęgów Ameryki:

Widziałem najlepsze umysły mego pokolenia zniszczone szaleństwem, głodne histeryczne nagie, włóczące się o świcie po murzyńskich dzielnicach w poszukiwaniu wściekłej dawki haszu, anielogłowych hipstersów spragnionych pradawnego niebiańskiego podłączenia do gwiezdnej prądnicy w maszynerii nocy, którzy w nędzy łachmanach z zapadniętymi oczyma w transie czuwali paląc w nadnaturalnych ciemnościach tanich mieszkań, płynąc poprzez dachy miast, kontemplując jazz (…).

Drugą biblią beatników była powieść W drodze, którą Jack Kerouac opublikował w tym samym, 1957 roku. Książka czekała na wydanie przeszło pięć lat, z podobnych przyczyn, co Skowyt – przełamywała mieszczańskie konwenanse, była obrazoburcza, otwarcie mówiła o seksie, alkoholu i narkotykach. Nawoływała do buntu i rezygnacji z powszechnie przyjętego sposobu życia: białych kołnierzyków, zakupów, rodzinnych obiadków; czy nie lepiej rzucić się w wir przygód, ruszyć w drogę w poszukiwaniu sensu (jeśli ktoś w niego wierzył)? Orgiastyczne prywatki suto zakrapiane alkoholem, podczas których z gramofonów tętni jazz; szalone jazdy przez całą Amerykę, z Nowego Jorku do Frisco, LA i San Francisco, z zimnego wschodu na rozgrzany, wibrujący muzyką zachód; beztroskie, elektryzujące noce w zadymionych klubach i skacowane poranki w przydrożnych barach – dla wielu wybór był oczywisty: „łachmaniarskie życie już na zawsze”. Nic dziwnego, że szef FBI, John Edgar Hoover, zapytany w 1960 roku o największe zagrożenia dla Ameryki, odparł, że są to „komuniści, jajogłowi i beatnicy” („communists, eggheads and beatniks”).

 

Czołowych przedstawicieli ruchu – Allena Ginsberga, Williama S. Burroughsa (Nagi lunch), Neala Cassady’ego – sportretował Kerouac w swojej kultowej powieści, w której on sam występuje jako Sal Paradise. Rzecz rozpoczyna się w lipcu 1947 roku, kiedy Paradise postanawia odwiedzić swoich przyjaciół mieszkających w Denver. Z dnia na dzień pakuje swój skromny dobytek do jutowego worka i z pięćdziesięcioma dolarami rusza na Zachód, w swoją pierwszą wyprawę po Stanach.

(…) przez całe życie kuśtykam za fascynującymi mnie ludźmi, bo dla mnie prawdziwymi ludźmi są szaleńcy ogarnięci szałem życia, szałem rozmowy, chęcią zbawienia, pragnący wszystkiego naraz, ci, co nigdy nie ziewają, nie plotą banałów, ale płoną, płoną, płoną, jak bajeczne race eksplodujące niczym pająki na tle gwiazd, aż nagle strzela niebieskie jądro i tłum krzyczy „Oooo!”.

Choć ten słynny fragment odnosi się przede wszystkim do Deana Moriarty’ego, „świętego błazna”, niekwestionowanego przywódcy paczki, którym fascynuje się Sal, to pasuje przecież do większości bohaterów W drodze i całego pokolenia beatników – rozgorączkowanych, spragnionych zabawy, skłóconych z „normalnym” życiem. Jest w powieści scena, która w metaforyczny sposób oddaje to rozdarcie: paczka roześmianych włóczęgów przejeżdża przez Waszyngton i mija rozklekotanym wozem wojskową wystawę, na którą składają się „B-29, łodzie torpedowe, artyleria, wszelkie typy uzbrojenia”. Ocierają się o siebie dwa różne światy – świat wolności i szaleństwa ze światem polityki, przemocy, obowiązków i norm; dwadzieścia lat później ten konflikt zrodzi rewolucję hippisowską.

 

Narracja prowadzona przez Sala może się niektórym wydać dość monotonna – pisze głównie o tym, jaki samochód udało im się złapać na stopa, co zjedli i wypili, od kogo wydębili pieniądze na alkohol, marihuanę i papierosy – ale czuć w tej opowieści autentyczną pasję, bezpretensjonalność, powiew świeżości. W drodze opisanych jest kilka wypraw, z czego jedna do Meksyku; zmieniają się towarzysze podróży i odwiedzane w trasie miasta, ale cel zawsze jest ten sam: mityczna droga, nieustanny ruch, przemieszczanie się z miejsca na miejsce. Ucieczka przed stabilizacją, która w końcu bohaterów dopada – starzeją się, zakładają rodziny, podejmują pracę. Wystarczy jednak niezapowiedziana wizyta kumpla, by ten kruchy porządek zburzyć, porzucić dom i znów wyruszyć w drogę, poczuć „ekstatyczną radość czystego istnienia”.

Advertisements