Książki Herty Müller – podobnie jak powieści Elfriede Jelinek czy Thomasa Bernharda – to rzeczy duszne, ponure i depresyjne, ale ich lektura sprawia jakąś masochistyczną przyjemność. Wystarczy przeczytać jedną stronę, by ta wyjątkowa, precyzyjna, poetycka fraza (pisałem o niej przy okazji Sercątka) natychmiast uderzyła do głowy. I chociaż Müller wciąż opowiada tę samą historię, za każdym razem robi ona piorunujące wrażenie.

 

Ramą narracyjną Dziś wolałabym siebie nie spotkać jest podróż zatłoczonym tramwajem. Bohaterka powieści jedzie na kolejne przesłuchanie przez Securitate, podczas którego znów stanie w krzyżowym ogniu pytań majora Albu, będzie musiała podać mu dłoń do palącego pocałunku, który otwiera każdą sesję śledztwa. Jedzie tramwajem na przesłuchanie i rozmyśla o dzieciństwie, rodzinie, nieudanym małżeństwie. O upokorzeniu („uczucie, jakby się było bosym na całym ciele”). Zastanawia się, czy Albu postanowi ją dzisiaj zatrzymać. Obserwuje pasażerów. Boi się.

 

Powieść ma dwóch patronów – Kafkę i Jerofiejewa. Kafkę dlatego, że już pierwsze zdania książki kojarzą się z Procesem: „Zostałam wezwana. Czwartek, punkt dziesiąta”. Co prawda u Müller zamiast procesu są nieustanne, powtarzające się przesłuchania, ale absurdalność oskarżeń i bezradność bohaterki przypominają położenie Józefa K. Jerofiejewa ze względu na wódkę, która w powieści Müller (i w komunistycznych reżimach w ogóle, czy to w Rumunii, Rosji czy w Polsce) jest sposobem na oderwanie się od rzeczywistości, tanim wyłącznikiem świadomości. Cytatem z Moskwy – Pietuszek („To nic, to nic, powiedziałem sobie, nic, nic”) rozpoczyna się zresztą inna książka pisarki, Lis już wtedy był myśliwym.

 

To wszystko było już jednak w Sercątku: śmierć przyjaciółki, przesłuchania, wódka, strach. Nowym motywem, który nieustannie powraca w Dziś wolałabym siebie nie spotkać, jest miłość – a właściwe jej rozpaczliwe poszukiwania. Mężczyźni polują na kobiety, bo to jedna z nielicznych aktywności, która nie jest zabroniona; kobiety polują na mężczyzn. Każdy nakreślony w powieści związek jest niepełny, dysfunkcyjny, sparaliżowany. Nie można głośno mówić o tym, co się myśli, więc nie można też naprawdę kochać.

Miłość ma najpierw pazury jak kot, a z czasem znika jak pożarta mysz.

Advertisements