Czytając powieść „Maggie Cassidy” Kerouaca, która właśnie ukazała się po polsku, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że pisarz – wykorzystując sukces „W drodze” – opublikował wszystko, co od lat zalegało w szufladach, a powinno było w nich zostać.

 

Kerouac zadebiutował powieścią „The Town and the City”. Rękopis był gotowy w 1948 roku, ale żadne wydawnictwo nie było zainteresowane opublikowaniem książki. Ujrzała światło dzienne dwa lata później, w 1950, co Kerouac w znacznej mierze zawdzięczał Allenowi Ginsbergowi i jego znajomościom. Dopiero niezwykły sukces drugiej powieści pisarza, „W drodze” (1957), przychylnie nastroił wydawców do Kerouaca: w ciągu kolejnych jedenastu lat opublikował ich aż trzynaście.

 

„Maggie Cassidy” (1959) – jeden z efektów odcinania kuponów od „W drodze” – jest opowieścią o paczce licealnych kumpli i ich pierwszych miłościach. Rzecz rozgrywa się w 1939 roku, w sennym, zasypanym śniegiem Lowell, Massachussets (rodzinne miasto Kerouaca). Grupa szesnastolatków, szkolnych gwiazd sportu, powoli zaczyna dojrzewać, co przejawia się tym, że ich fascynacja baseballem traci na sile, gdy w pobliżu zjawia się ładna dziewczyna. Fabułę można zamknąć w jednym zdaniu: Jack Duluoz (porte-parole Kerouaca), narrator powieści, bez pamięci i z wzajemnością zakochuje się w tytułowej Maggie.

 

Książka jest sentymentalną, przesłodzoną historią tej miłości. „Pozwólcie mi wyśpiewać urodę Maggie”, mówi narrator i – oczywiście nie czekając na zgodę czytelników – zabiera się do dzieła. Kerouac wczuwa się w rolę 16-letniego chłopca z takim oddaniem, że w powieści aż się roi od pretensjonalnych wyznań i tajemniczych wielokropków, mających podkreślać ich domniemaną głębię. Przykłady pierwsze z brzegu:

„[gwiazdy] w bezchmurne noce wiszą całymi miliardami niczym zmrożone łzy, styczniowe Drogi Mleczne jak srebrzyste toffi”, „jakiś ptak smutku wirował powoli po sali pośród grochów świateł, wyśpiewując miłość i śmierć…”, „miłość jest gorzka, śmierć słodka”.

Miotani namiętnościami, Jack i Maggie raz tulą się i całują, by po chwili znów kłócić się i dąsać. I tak przez 250 stron. Narrator co prawda napomyka o zbliżającej się wojnie i Wielkim Kryzysie, który szalał wtedy w Ameryce, ale na tym koniec – ani słowa o życiu w małym amerykańskim miasteczku pod koniec lat 30. XX wieku, żadnego zacięcia obyczajowego, niczego, co mogłoby zainteresować czytelnika, który szkolną miłość ma już za sobą.

[Tekst ukazał się wcześniej w xięgarni, gdzie serdecznie zapraszam]

Advertisements