nic mu we mnie nie pasuje. Na czele z tym, że jestem z Polski. To taki kraj w byłej Jugosławii, może słyszałaś. Gdy byłam bardzo mała, wybuchł tam kompletny komunizm.

To jeden z nielicznych fragmentów Kochanie, zabiłam nasze koty, w którym Dorota Masłowska wspomina o Polsce. Zasadnicza zmiana, bo do tej pory pisarka inspirowała się właśnie wątpliwymi urokami życia w kraju nad Wisłą, jego lokalnymi smaczkami (dresiarski klimat Wojny polsko-ruskiej), blichtrem warszafki (Paw królowej) czy Polską klasy B (Między nami dobrze jest).

 

Czytelniczki i czytelnicy niechętni wcześniejszym książkom pisarki tę powinni pokochać. Kochanie, zabiłam nasze koty to Masłowska w wersji fit, odtłuszczona, wyssana z prowokacyjnych treści, grzecznie przyczesana. W tej powieści nie ma niczego skandalizującego; nie jestem pewien, czy w ogóle padają w niej jakieś wulgaryzmy, a jeśli tak, to nieliczne. Język – w porównaniu z jej wcześniejszymi książkami – zupełnie „normalny” (zarzut, który często towarzyszył opiniom o Wojnie polsko-ruskiej: „tego się nie da czytać”, w tym przypadku jest zupełnie nietrafiony). Czyta się łatwo i przyjemnie – więc skąd to poczucie niedosytu?

 

Masłowska osadziła akcję powieści w zmyślonym mieście gdzieś na Zachodzie, w miejscu niedookreślonym, uniwersalnym – może w Europie, może w Ameryce, w każdym razie tam, gdzie życie do złudzenia przypomina nasze. Jej bohaterki, Farah i Joanne, niczym się nie wyróżniają, są szablonowe, przeciętne; na ich codzienność składa się praca, jedzenie na wynos, samotne wieczory, rozwiązywanie idiotycznych psychotestów, gazetowa papka, nadęte wernisaże, puste rozmowy, „przyjaźń przez Facebook, sport z konsoli, seks przez kamerkę, wychowanie dzieci przez Skype’a” itd.

 

Wszystko byłoby świetnie, gdyby Kochanie, zabiłam nasze koty ukazywały inną twarz „galerników trywialności”, jak celnie określił ten typ literackich bohaterów niezastąpiony Jan Gondowicz. Tymczasem znów to samo: rozpad społecznych więzi, samotność i nieprzystosowanie, kapitalizm i popkultura, wszystko okraszone satyrą – tylko taką na pół gwizdka, ugrzecznioną. To największa słabość tej książki: krytyka jest mało odkrywcza, Masłowska wyważa dawno otwarte drzwi. Do tego ledwo nakreślone postaci i język, który sprawia wrażenie, jakby pisarka sama się cenzurowała.

 

Nie jest oczywiście tak, że – wracając do cytatu z początku – nic mi w nowej Masłowskiej nie pasuje. Są naprawdę dobre fragmenty, w których górę nad „normalnością” bierze zadziorna, krnąbrna fraza pisarki. Zdecydowanie najlepsze kawałki Kochanie, zabiłam nasze koty  to opisy miasta:

Wieczorne miasto kotłowało się w swojej niecce niby czarna zupa, garnirowana szkłem i światłem, targana bulgotami tajemnic i występku; szczekały psy, zawodziło metro, ktoś, kogo gwałcono lub po prostu wyrywano mu torebkę, krzyczał okropnie w dali i sztuczne ognie tryskały w ciemność nad rzeką, obiecując, że może zdarzyć się jeszcze wszystko.

A skoro tak, to mam nadzieję, że Dorota Masłowska wysmaży po Kochanie, zabiłam nasze koty jakąś krwistą, skandaliczną powieść.

Advertisements