Styczeń, „pora śmierci choinek”, czas zwątpienia i depresji. Napoczynam kolejne książki, po czym porzucam je w połowie i biorę się za następne; wokół fotela rosną stosy powieści, które pozdejmowałem z półek z zamiarem lektury albo położyłem je tam zaraz po przyniesieniu do domu – wdzięczą się do mnie m.in. 2666 Bolaño, Muzeum porzuconych sekretów Zabużko i Morfina Twardocha, ale zostało mi jeszcze kilkadziesiąt stron rozmów z Konwickim (W pośpiechu), opowiadań Barnesa (Puls) i powieści Ostatni papieros Östergrena. Wygląda więc to wszystko trochę jak na poniższym zdjęciu, z tą różnicą, że w przeciwieństwie do Thomasa Manna nie czytam w garniturze i nie palę papierosów (co w tych okolicznościach gra na moją niekorzyść).

Thomas Mann

Nieoczekiwanie książką, którą jednak skończyłem – oprócz tomów wierszy Radka Kobierskiego, ale to inna historia – jest dość już stara (2009) Ewangelia ognia Michela Fabera. To moje pierwsze zetknięcie z tym pisarzem i pewnie mogłem trafić lepiej (mam jego zbiór opowiadań Bliźnięta Fahrenheit), bo Ewangelia, w której autor parodiuje dokonania Dana Browna i schematy fabularne powieści spod znaku Kodu Leonarda da Vinci literaturą najwyższych lotów nie jest.

 

Michel Faber, "Ewangelia ognia", przeł. M. Świerkocki, WAB, Warszawa 2009Theo Griepenkerl, pracownik naukowy uniwersytetu w Toronto, znawca aramejskiego, nadęty bufon i nieudacznik, którego właśnie rzuciła dziewczyna, podczas służbowej wizyty w obrabowanym muzeum w Mosulu znajduje tajemniczy rękopis. Dokument okazuje się piątą ewangelią, spisaną przez niejakiego Malchusa, który znał osobiście Jezusa i był świadkiem jego ukrzyżowania. Theo przekłada rękopis na angielski, dopisuje kilka stron od siebie i wydaje powieść Piąta Ewangelia, która w krótkim czasie staje się światowym bestsellerem. Czytelnicy książki są jednak rozgoryczeni „prawdą” nowej ewangelii – na kolejnych spotkaniach autorskich Theo musi stawić czoła rosnącej niechęci i agresji.

 

Najmocniejszą stroną Ewangelii ognia jest satyryczne spojrzenie na rynek wydawniczy i mechanizmy rządzące popytem i podażą, choć Faber poprowadził ten wątek nierówno, jakby sam stracił nim zainteresowanie. Powieść rozczarowuje przynajmniej z trzech innych powodów. Po pierwsze – o czym wspominałem wyżej – Faber próbuje parodiować rozwiązania fabularne stosowane w literaturze popularnej, ale z mizernym skutkiem, przez co książka ani nie trzyma w napięciu, ani nie bawi. Po drugie, w zgodzie z postmodernistycznymi zwyczajami, pisarz wplótł w tekst powieści stylizowane fragmenty rękopisu Malchusa, które są zwyczajnie kiepskie. Po trzecie wreszcie – można czytać Ewangelię ognia jako opowieść o cenie, którą przychodzi zapłacić za pisarski sukces, ale Faber nie potrafił tego wątku przekuć w nic interesującego (jak np. Javier Cercas w Prędkości światła) i utonął w stereotypach (wzbogacony debiutant sypia w drogich hotelach, wydaje kasę na prawo i lewo i uprawia namiętny seks ze swoimi fankami). Jeśli do tego wszystkiego dorzuci się płaskie, jednowymiarowe postaci i przeciętny język powieści, wniosek nasuwa się sam – szkoda czasu.

Advertisements