O tym, że czytanie najnowszej polskiej prozy – podobnie jak oglądanie polskich filmów – jest zazwyczaj doświadczeniem masochistycznym, nie muszę chyba nikogo przekonywać. Wyjątki można policzyć na palcach jednej ręki. Zabierając się za Morfinę Szczepana Twardocha, powieść nagrodzoną niedawno Paszportem Polityki, niczego wyjątkowego się nie spodziewałem, bo czytałem jego opowiadania z tomu Tak jest dobrze. W przeciwieństwie do większości recenzentów, którzy pochlebnie wypowiadali się o tym zbiorze („jest w tych pesymistycznych wizjach coś magnetycznego. Jak u Cormaca McCarthy’ego”, pisał recenzent „Polityki”, z kolei w „Rzeczpospolitej” czytam: „to po prostu dobre pisarstwo: mocne, zadziorne, bolesne do tego stopnia, że tak chwalone książki Wojciecha Kuczoka wydają się przy Twardochu manierycznym i rozmemłanym popiskiwaniem”), dla mnie były to opowiadania co najwyżej przeciętne. Mówiąc wprost – schematyczne, przewidywalne, zaskakujące językową płycizną, pełne irytujących powtórzeń. Pierwsze zdania Morfiny też zresztą niczego dobrego nie wróżyły:

Łeb. Smród. Łeb pęka. Język jak wyschły, martwy ślimak, chropowaty. Podniebienie pod skorupą zaschniętej flegmy. Łeb pęka. Pustynia. Smród własnych wyziewów.

Bohater powieści, Konstanty Willemann, budzi się skacowany w poddanej, „zgwałconej” Warszawie; jest październik 1939 roku, Polska przegrała wojnę, Niemcy urządzają się w dawnej stolicy. Nie ma wody, kawy, podstawowych produktów spożywczych; w ogarniętym chaosem mieście zaczyna kwitnąć czarny rynek, ceny szybują w górę. Dla Willemanna to nie kłopot, bo na brak pieniędzy nie może narzekać – pochodzi z dawnej śląskiej szlachty, mieszka w centrum Warszawy, jego majętna matka chętnie podsuwa mu kolejne sute czeki, w zamian terroryzując syna emocjonalnie.
 
Zasadniczym problemem bohatera Morfiny jest tożsamość – Konstanty Willemann po prostu nie wie, kim jest. Polakiem? Niemcem? Mężem i ojcem czy kurwiarzem, alkoholikiem i morfinistą? Artystą czy nieudacznikiem? Przykładnym oficerem czy tchórzliwym rezerwistą? Dojrzałym, 30-letnim facetem czy uzależnionym od matki birbantem? Pewnie każdym z nich po trosze. Willemann miota się między tymi rolami, rozpaczliwie szuka w nich siebie. Z pomocą przychodzi wojna.

Wszystko to teatr. Wojna to teatr, przysięga to teatr, konspiracja to teatr. Niemcy to teatr. A jeśli to teatr, to cóż jest prawdziwe

mówi narrator, zaś Willemann decyduje się odegrać rolę XX-wiecznego Konrada Wallenroda: rozpoczyna współpracę z tworzącym się polskim podziemiem, dla kamuflażu wyrabia sobie niemieckie papiery i rozpoczyna działalność szpiegowską.
 
Morfina nie jest jednak ani powieścią szpiegowską, ani opowieścią o wojnie – konspiracyjna działalność Willemanna i realia historyczne nie są dla Twardocha najważniejsze. Co nie oznacza, że je zaniedbuje, bo mamy napędzające fabułę kolejne misje Konstantego i starannie odtworzoną ówczesną topografię miasta. Twardoch solidnie się przygotował: przedwojenna moda, kodeksy zachowań, używki, potrawy, budynki, broń, samochody czy wreszcie charakterystyczna melodia polszczyzny, którą posługują się postaci – wszystko to sprawia, że Morfina jest przekonującym obrazem Polski z końca 1939 roku.


Gdybym jednak miał określić gatunkową przynależność Morfiny, powiedziałbym, że jest to powieść psychologiczna. Twardoch stworzył jedną z najciekawszych postaci literackich polskiej prozy ostatnich lat: półobłąkaną, o płynnej tożsamości, niepewną, nieprzewidywalną, prowadzoną przez „czarne boginie” (jedna z nich jest wszechwiedzącą narratorką, która komentuje poczynania bohaterów, zna ich przeszłość i przyszłość). Nie można w tym miejscu nie wspomnieć o literackim patronie tej książki, czyli Jonathanie Littellu i jego powieści Łaskawe. Jeśli nie za postać Willemanna, dałbym Twardochowi plusa za to, że rozbudził we mnie apetyt na ponowną lekturę Łaskawych. Innym ważnym dla Twardocha autorem jest z pewnością Gombrowicz, co widać zarówno w języku Morfiny, jak i w groteskowym sposobie ukazywania polskości.
 
Morfinę można też potraktować jako ważny głos w toczącej się dyskusji o kryzysie męskości. To zresztą dość nieoczekiwane, bo zwykło się Twardocha wiązać ze środowiskiem prawicowym. Tymczasem najsilniejsze, najbardziej samodzielne i złożone postaci w Morfinie to kobiety: Helena (żona Konstantego), Salomea (prostytutka żydowskiego pochodzenia i kochanka Willemanna), Iga (jego pierwsza kobieta), Dzidzia (arystokratka, konspiratorka) czy wreszcie matka bohatera. Pozytywne zaskoczenie.

Advertisements