Bernhard nie znosił ceremonii wręczania nagród, bo zazwyczaj wiązały się one (w jego oczach) z jakimś upokorzeniem: albo zapomniano go powitać na gali, albo poproszono na scenę „Panią Bernhard” lub zapowiedziano jako autora „powieści rozgrywającej się na morzach południowych”, której Bernhard oczywiście nie napisał. O urzędnikach przyznających te nagrody miał jak najgorsze zdanie – w jednym z tekstów opisuje ich jako nieprofesjonalnych, „nikczemnych dupków” (i ma rację).

 

Nie dziwi zatem, że Bernhard uczestniczył w tych wydarzeniach niechętnie. Swoją mowę „dziękczynną” przygotowywał zazwyczaj godzinę przed uroczystością, na kolanie, w restauracji, zupełnie nie dbając o konwenans, który nakazywał mu wygłosić okazałe przemówienie. Nie, Bernhard odczytywał swój 1-2 stronicowy tekst i schodził z podium, niejednokrotnie irytując publiczność i wywołując skandale. Podczas wręczenia Austriackiej Nagrody Państwowej powiedział m.in., że „Państwo [Austria] jest tworem, któremu z góry sądzona jest klęska, lud zaś skazany jest na bezecność i debilizm”. Rozwścieczony minister kultury wybiegł z sali, trzaskając drzwiami.

 

Pisarzowi nie zależało na „tak zwanych honorach” – nagrody traktował czysto pragmatycznie, jako źródło dodatkowego dochodu, i bardzo prędko wydawał przyznane mu pieniądze: wymieniał okna w swoim domu, kupował ekskluzywne auto (angielski, biały Triumph, którego zresztą szybko rozbił podczas wyprawy do Jugosławii), spłacał długi, pożyczał pieniądze przyjaciołom. Może właśnie to praktyczne nastawienie sprawia, że Bernhard z Moich nagród wydaje się sympatyczniejszy niż zazwyczaj? Zaskakująco przyjemna książeczka – nie spodziewałem się po niej takiej dawki pozytywnego, kpiarskiego humoru i ciekawych anegdot.

*

„We frankfurckim pensjonacie, położonym przy bardzo ruchliwej ulicy w pobliżu Eschenheimer Turm, jednym z najtańszych, bo tylko na takie mogłem sobie pozwolić, przepisałem na nowo całą książkę, wszystkie fragmenty Mrozu, powstały w owym frankfurckim pensjonacie. Budziłem się o piątej rano, siadałem przy małym stoliku pod oknem i po napisaniu do południa pięciu, ośmiu, a czasami nawet dziesięciu stron, biegłem z nimi do mojej pani redaktor w wydawnictwie Insel i uzgadniałem, w którym miejscu tekstu je umieścić. W ciągu tych frankfurckich tygodni cała książka zmieniła się nie do poznania, wiele stron wyrzuciłem, może nawet około setki, i dopiero wtedy tekst wydał mi się do przyjęcia, gotowy, by iść do składu. Kiedy wydrukowano korektę, byłem już w drodze do Warszawy, gdzie odwiedziłem studiującą tam w Akademii Sztuk Pięknych przyjaciółkę. W najchłodniejszej porze roku zakwaterowałem się w tak zwanej Dziekance, domu studenckim położonym zaraz obok pałacu rządowego,

całymi tygodniami biegałem po pięknej, poruszającej, a zarazem straszącej Warszawie i robiłem korektę. Obiady jadłem w tak zwanym Klubie Literatów, zaś kolacje U Aktorów, gdzie była jeszcze lepsza kuchnia. Warszawski okres należał do najszczęśliwszych w moim życiu,

chodziłem wszędzie z korektą w kieszeni płaszcza, regularnie rozmawiając z satyrykiem Lecem, który zapisywał słynne aforyzmy w książce kucharskiej należącej do jego żony, zapraszał mnie często do domu, a czasami na Nowym Świecie stawiał mi kawę”.

Advertisements