Raymond Queneau, "Sto tysięcy miliardów wierszy"
Tłumacząc rok temu dziesięć pociętych na paski sonetów Raymonda Queneau, zdałem sobie sprawę, że wynikłe z ich permutacji sto tysięcy miliardów odmiennych wierszy (których lektura 24 godziny na dobę zajęłaby 190 258 751 lat plus parę godzin i kwadrans) to przesłanka wolności: w granicach tej sporej liczby nie ma dwu tożsamych odczytań. Co w gruncie rzeczy dotyczy wszystkich książek. Ale też, że na mocy praw matematyki któreś z zestawień wersów Queneau cechować będzie taka siła komiczna, iż kto na nie natrafi, skona ze śmiechu. Na szczęście z tegoż wynika, że

choćby autor był nie wiedzieć jak kiepskim poetą, a jego tłumacz beznadziejnym zgoła wierszokletą, inne skojarzenie wersów może – a ściślej musi – okazać się dziełem na wskroś genialnym. Temu, kto na nie natrafi, objawi przemożny blask nieznanej dotąd ludzkości sztuki słowa. Lśni on już potencjalnie, nieunikniony i absolutny. Moja wiara w czytanie cieszy się tą elegancką nadzieją.

Jan Gondowicz, Przyczynek do bibliotekoznawstwa, [w:] Pan tu nie stał, Warszawa 2011

Reklamy