W szarawym świcie ledwo dostrzegalna, złudna, tak że nie sposób ocenić, jakie ma kształty. Tylko krzyk, który odbija się od ścian i wraca echem, nakazuje myśleć, że nie będzie łatwego podejścia. Żadnej plaży, doku, piaszczystej ławicy. Tylko para, wszędzie para, której nie zdążyło jeszcze wessać słońce. Sól drażni oczy, wilgotne powietrze wgryza się w płuca. Silnik zgasł, statek zakotwiczył w bezpiecznej odległości.

Pitcairn. Wpisuję tę nazwę w Google Maps i widzę maleńką wyspę na Oceanie Spokojnym. Potem kilkakrotnie pomniejszam mapę – ekran cały czas wypełnia błękit oceanu; w końcu pojawia się Australia i Ameryka Południowa. Pitcairn, synonim odosobnienia. Statki docierają tu sześć razy w roku. Mogłoby się wydawać, że to raj na ziemi, gdzie szczęśliwie żyje niewielka społeczność: kilkudziesięciu nieufnych mieszkańców, którzy skrupulatnie kontrolują, kto i w jakim celu do nich przybywa. Czego się obawiają? Jakie skrywają tajemnice?
 
Część odpowiedzi można znaleźć w reportażu Macieja Wasielewskiego Jutro przypłynie królowa. Aby dostać się na wyspę, autor podał się za antropologa badającego sagi żeglarskie. To kłamstwo było konieczne, bowiem mieszkańcy nie wpuszczają na jej teren dziennikarzy i reporterów. Zwłaszcza od głośnego procesu, w którym większość wyspiarzy została oskarżona o regularne gwałty popełniane zarówno na dorosłych mieszkankach wyspy, jak i kilkuletnich dziewczynkach.
 
Z poruszających opowieści, które przytacza Wasielewski wynika, że na Pitcairn od początku panowało ciche przyzwolenie na gwałt, a ofiary i ich prześladowcy byli sąsiadami, mieszkali obok siebie. Jedna z wyspiarek wyznaje: „Gwałt był częścią dnia. Jak jedzenie. Byłeś głodny, zrywałeś mandarynkę. Naturalna czynność”. Wspomniany początek to 1790 rok, kiedy na Pitcairn osiedlili się zbuntowani marynarze z brytyjskiego okrętu Bounty oraz kilku mężczyzn i jedenaście kobiet uprowadzonych z Tahiti. Odcięci od świata i skazani wyłącznie na siebie, stworzyli społeczność rządzącą się własnymi prawami, mającą odrębne poczucie moralności. Ustanowili hierarchię, w której najważniejsi są mężczyźni i ich potrzeby.
 
Z książki Wasielewskiego wyłania się obraz wspólnoty w stanie rozkładu, społeczeństwa, w którym zatarła się – wydawałoby się, że oczywista – granica między dobrem a złem. Wasielewski unika ocen; opisuje historię Pitcairn chłodno i z dystansu, próbując zrozumieć rządzące nią mechanizmy. Przedstawia mieszkańców wyspy z jednej strony jako dumnych ze swojej historii potomków buntowników, z drugiej zaś jako sparaliżowanych strachem, odosobnionych ludzi, którzy tkwią w niekończącym się, emocjonalnym klinczu.

Choć wyspa pozostaje pod jurysdykcją Wielkiej Brytanii, angielskie prawo w praktyce tu nie sięga – mieszkańcy muszą sobie radzić sami. Trwa wewnętrzny konflikt, rozogniony wspomnianym procesem, w którym część poszkodowanych kobiet stanęła w obronie oskarżonych. Pitcairn powoli umiera (maleje liczba mieszkańców wyspy), ale gra o władzę toczy się nadal.

Ściany mają uszy, każdy wszystko wie. Kto z kim rozmawia, przeciw komu; gdzie śpi, kto kradnie, z czyich gałęzi zrywa owoce i czy to już jest materiał na szantaż. Giełda intryg i pomówień. Każdy szuka czegoś na innych. Na przyszłość, na handel, w obronie własnej. Żona na męża. Brat na brata.

Witajcie w raju.

Reklamy