„Przyszłem wcześniej, gdyż nie miałem co robić” – mówi jeden z bohaterów kultowego filmu Barei Miś, przywołując mimochodem jedną z największych bolączek PRL-u: nudę. Oczywiście nudno może być zawsze i wszędzie, ale chyba nigdy nie było nudy bardziej intensywnej niż za komuny. Była to nuda wszechogarniająca i uniwersalna – taka sama w Polsce, Czechosłowacji i NRD. To ona jest jednym z głównych bohaterów powieści Koniec punku w Helsinkach Jaroslava Rudiša:

Wtedy czas nie miał żadnej wartości. Nie węgiel, chemia przemysłowa czy napakowani atleci, ale czas był przebojem eksportowym tego kraju. Tylko nikt go nie chciał, więc gromadził się, aż była go nieskończona i nieznośna ilość. Na życie, gadanie, zabawę, chlanie, jaranie, cięcie żył i przede wszystkim na planowanie tego, co nigdy nie mogło nastąpić.

Oprócz nudy są jeszcze Ole i Nancy. Ten pierwszy ma czterdzieści lat i jest właścicielem baru „Helsinki” w Lipsku; paląc papierosa za papierosem wysłuchuje opowieści swoich klientów, a przy okazji wspomina swoją młodość, czyli lata 80. we wschodnich Niemczech. Koncerty, przegrywane kasety z muzyką Sex Pistols, Die Toten Hosen, Bauhuas i Joy Division, trabanty, pierwsze miłości i pierwsze przesłuchania przez oficerów służby bezpieczeństwa.
 
Ta druga jest kilkunastoletnią punkówką z małego czechosłowackiego miasteczka nieopodal granicy z Polską. Jej irytujący pamiętnik (Rudiš tak dobrze naśladuje styl pisania nastolatków, że gdy czyta się te fragmenty, z oczu leci krew) wypełniają nazwy kapel zasłyszanych w radiowej Trójce, lęk przed trującą chmurą płynącą znad Czarnobyla i nieplanowaną ciążą oraz wspomnienia nastoletniego seksu z zaprzyjaźnionymi punkowcami.
 
Kluczową postacią Końca punku w Helsinkach pozostaje jednak Ole – reprezentant roczników 70., które dorastały w czasach dogorywającej komuny i z utęsknieniem wyglądały wyzwolenia i wolnego rynku. Opowieść Rudiša jest wyraźnie nostalgiczna, przez co komunizm wydaje się nie taki znów zniechęcający, a opresyjna władza – praktycznie nieszkodliwa. To wrażenie potęgują liczne anegdoty: o milicjantach-patałachach, o idiotyzmie służb bezpieczeństwa itd.:

Przyszedł Zatopek, mistrz miasta w biegu maratońskim, dyscyplinie, którą wymyślił i która polegała na tym, że wypatrywał na ulicy milicjanta, podchodził do niego od tyłu, zwalał mu na ziemię płaską czapkę i uciekał.

Długo wyczekiwany kapitalizm przyniósł bohaterom Końca punku w Helsinkach rozczarowanie – mimo zmiany ustroju nadal trzeba walczyć o swoje i kombinować, żeby starczyło do pierwszego. Bunt stał się sprawą drugorzędną. Rozpadły się dawne przyjaźnie, zwietrzały wyznawane ideały. Zniknął gdzieś nadmiar czasu. Koniec punku, koniec beztroskiej młodości.

Advertisements