Przyjemność tekstu, rozkosz czytania

Posts from the “Pocztówki” Category

Desert song

Posted on 07/01/2013

Desert song   Powroty do domu, przez noc, jej ulice. A tu wszystko obce, bez imion, zegar nad komodą powtarza refren „Masz pustkę zamiast podróży”. Potem otwarty balkon, żeby się nie udusić. Szklanka z podłym, sycylijskim winem. Chusteczki, klucze do pokoju ze ślepą kuchnią. W lustrze jakiś człowiek, jego portret, który układają inni, jego ja z puzzli, z zupełnie różnych kompletów. O siódmej jedzie na swoją pustynię. Na dół, do piwnicy, między regały pełne ciemnych historii, kazusów, zdjęć z autopsji. Powinny tylko przepływać, ale niektóre zostają. Zostawiają ślady, zadrapania, rany kłute. Wszystko się dogaduje ze sobą: tynk i pleśń, kornik i drewno, słońce i sople lodu, ofiara i kat. Człowiek gada do ściany, i odpowiada mu jego własne echo.   [Kawałek pochodzi z tomu Drugie ja Radosława Kobierskiego – w oryginale zapisany jest wierszem, ale przepisałem jak…

Styczeń, pora śmierci choinek

Posted on 03/01/2013

Pora śmierci choinek Styczeń, pora śmierci choinek. Trupy rozebrane z łańcuchów i ozdóbek. Mnóstwo bohaterów porzuconych na śniegu. Zapomniana gwiazda pozostawiona, zaplątana między łysiejące gałązki. Bez blasku. Trzej królowie już w drodze powrotnej i nic ich nie prowadzi. Wracają do swoich rzezi. Dziś ostatni okruch ze świątecznego ciasta dostał się pod nogi i dzioby ptaków. To olbrzymie zwierzę, które wchodzi w takich momentach rycząc: ZAMYKAMY! KONIEC! KONIEC! być może jest podłe i godne nienawiści, ale przecież kiedyś, gdy będziemy zmęczeni zachodami – wschodami, lewą i prawą ręką, kocham cię – nie kocham, będziemy je przyzywać – i gdy wreszcie przyjdzie – przyjmiemy je z wdzięcznością.   [Marcin Świetlicki, Zimne kraje, 1992] Ciągle, ciągle ta sama historia Styczeń w mieście, kałuże z zimną wodą, zmierzch się rozpoczął…

Listopad, niemal koniec świata

Posted on 26/11/2012

Listopad, niemal koniec świata, kilka minut przed zmierzchem. Schroniłem się w kawiarni, siadłem tyłem do światła. Wolne? Zajęte! – odpowiadam, rzucam kurtkę na to drugie krzesło.   Och, gotów jestem już wyjść z tego miasta, ręce wytrzeć o liście, cały ten kurz, tłuszcz miasta wytrzeć o liście, wyjdź ze mną, zobaczysz.   Znudzimy się i pozabijamy po tygodniu, ale pomyśl o tych łunach, które pozostawimy za sobą, o tych wszystkich miejscach i kobietach, mężczyznach; pomyśl – z jaką ulgą   będziemy krzyczeć w hotelowym pokoju, na najwyższym piętrze, a nasze krzyki dotrą na pewno aż na portiernię. Wolne? Już, już za chwilę będzie wolne – odpowiadam.   Zmierzch   Marcin Świetlicki, z tomu Schizma, Kraków 1994 zdjęcie: Sabine Weiss

Jesteśmy dobrzy w śmierci

Posted on 19/11/2012

Jesteśmy dobrzy w śmierci, może i najlepsi   Ćwiczyliśmy śmierć długo na dziesięcioletnich koleżankach w stawie pod wiszącą skałą, ciągnąc je za włosy na dno, gdzie tak mało było czasu, a najpewniej zupełnie nie było bo nie wyszedł z wody, bo się nie kończyło   Nawet najpiękniejszą dziewczynkę z lizakiem jak z obrazów Balthusa zabiliśmy latem w strzelaninie z fifek, musiało ją boleć, gdy się skobel wrzynał w delikatną siatkę rajtuz i ciął skórę, w tym byliśmy lepsi   Niż śmierć, która w sierpniu przychodziła w kratkę   My byliśmy mistrzami nie ona, najlepsi w pluciu mokrym ryżem w odsłonięte miejsca gdzieś pod kolanami, na mistrzostwach śmierci do kobiet i dzieci pluliśmy z moździerzy, pokazali to w faktach, ale ja nie wierzę   W…