Moja przygoda z książkami Michała Witkowskiego zaczęła się – i szybko skończyła – na początku września tego roku. Nie czytałem wcześniej żadnej jego powieści (oczywiście słyszałem o Lubiewie, ale odkładałem lekturę na bliżej nieokreślone później), co powodowało swego rodzaju wyrzuty sumienia; żeby je złagodzić dałem się uwieść kampanii reklamowej i już chwilę po premierze miałem w rękach najświeższe dzieło pisarza, Margot. Ta skromna objętościowo książeczka (ok. 200 stron) powstała ponoć w wyniku przycinania i redagowania znacznie obszerniejszego, kilkuset stronicowego maszynopisu. Witkowski, kierując się dobrem czytelnika, wyrzucał wątki, bohaterów, anegdoty, aluzje etc. Może wersja longplay powieści była czymś zupełnie innym, rzucającym na kolana?   Margot, mimo że krótka, i tak ledwo trzyma się kupy. Mamy dwie równorzędne historie i trzech głównych bohaterów. Pierwsza opowiada o życiu TIRówców, których możemy trochę…