Przyjemność tekstu, rozkosz czytania

Posts tagged “McCarthy

Cormac McCarthy, „To nie jest kraj dla starych ludzi”

Posted on 02/02/2014

Spieczone słońcem pustkowie na południu Teksasu. Wyludnione miasteczka połączone nitkami malowniczych autostrad. Zmęczeni, pozbawieni złudzeń ludzie. Za każdym razem, gdy czytam książki McCarthy’ego, zachwyca mnie wirtuozeria, z jaką opisuje ponurą melancholię rubieży nowego świata. Nie ma pisarza, który byłby w tym lepszy: Stał i patrzył na pustynię. Jaki spokój. Wśród drutów cichy szum wiatru. Wysoka ambrozja przy drodze. Cynodon i nolina. (…) Surowe skaliste góry spowite cieniem (…). Ciemne jak sadza kurtyny deszczu zasnuły cały kwadrant. W ciszy żyje bóg, który wyszorował tę rozległą ziemię piaskiem i popiołem. Akcja powieści To nie jest kraj dla starych ludzi rozgrywa się w 1980 roku na pograniczu Stanów Zjednoczonych i Meksyku. Llewelyn Moss podczas polowania natyka się na podziurawione kulami auta, wokół których leżą zwłoki członków kartelu…

Morfina. Szczepan Twardoch

Posted on 03/02/2013

O tym, że czytanie najnowszej polskiej prozy – podobnie jak oglądanie polskich filmów – jest zazwyczaj doświadczeniem masochistycznym, nie muszę chyba nikogo przekonywać. Wyjątki można policzyć na palcach jednej ręki. Zabierając się za Morfinę Szczepana Twardocha, powieść nagrodzoną niedawno Paszportem Polityki, niczego wyjątkowego się nie spodziewałem, bo czytałem jego opowiadania z tomu Tak jest dobrze. W przeciwieństwie do większości recenzentów, którzy pochlebnie wypowiadali się o tym zbiorze („jest w tych pesymistycznych wizjach coś magnetycznego. Jak u Cormaca McCarthy’ego”, pisał recenzent „Polityki”, z kolei w „Rzeczpospolitej” czytam: „to po prostu dobre pisarstwo: mocne, zadziorne, bolesne do tego stopnia, że tak chwalone książki Wojciecha Kuczoka wydają się przy Twardochu manierycznym i rozmemłanym popiskiwaniem”), dla mnie były to opowiadania co najwyżej przeciętne. Mówiąc wprost – schematyczne, przewidywalne, zaskakujące językową…

Jestem, jestem

Posted on 03/12/2011

Stary, stęchły album o pokrytych rudymi plamami, kruszących się kartkach wydawał się tchnąć niemiłą wonią krypty, jedna po drugiej odsłaniając martwe twarze o słabym, pozbawionym miłości spojrzeniu, skierowanym na kręcący się świat, maski niepewności przed zimnym, szklanym okiem aparatu fotograficznego, twarze wzdragające się przed celuloidową nieśmiertelnością albo po prostu oszołomione i zramolałe wskutek błyskawicznego upływu czasu. Starzy krewni po kądzieli wypluci przez wir, chudzi, popękani, niewyraźni i trochę niepotrzebni. Pejzaże, stare tła, też niepotrzebne, powtarzające się niezmiennie, jak gdyby zamieszkiwały inny świat niż ci oschli pielgrzymi, wyrzuceni na ich brzeg. Ślepy mozół w meszku powierzchni ziemi, obliczony na mrugnięcie oka pomiędzy stawaniem się i końcem. Jestem, jestem. Artefakt wcześniejszych plemion. (Cormac McCarthy, Suttree) Kultowy album Wisconsin Death Trip Michaela Lesy z 1973 roku zawiera fotografie mieszkańców Black River…

Karnawał potępieńców. Suttree, Cormac McCarthy

Posted on 28/11/2011

Nieważne, czy pisze o bandzie degeneratów przemierzających prerię (Krwawy południk), o świecie, który uległ zagładzie (Droga), czy – jak w Suttree – o Ameryce włóczęgów i pijaczków, którzy z trudem wiążą koniec z końcem. Każda powieść McCarthy’ego całkowicie zagarnia czytelnika, od pierwszej do ostatniej strony kurczowo trzyma go przy sobie, nie pozwalając na chwilę wytchnienia. Nie inaczej jest w przypadku Suttree. Już pierwsze zdania poetyckiego, wizyjnego prologu, w którym McCarthy oprowadza nas po mrocznych zaułkach miasta, gdzie będzie się rozgrywała akcja książki, przynoszą obietnicę literackiej uczty: w niebieskim świetle latarni biegną w ciemność tory tramwajowe, zakrzywiające się w tombakowym zmierzchu niczym kogucie ostrogi. Stal powoli oddaje nagromadzone za dnia ciepło – wyczuwasz je nawet przez podeszwy butów. Mijasz magazyny z falistej blachy, idziesz krótkimi,…

Poranne golenie (McCarthy, „Suttree” | Joyce, „Ulisses”)

Posted on 13/11/2011

Czytam Suttree McCarthy’ego (więcej tutaj) i raz po raz natykam się na fragment, który przypomina mi jakąś scenę z Ulissesa, znajduję paralelne postaci, zdarzenia, miejsca. Myślałem, że to skutek mojego dawnego ulissesowego fixum-dyrdum, ale – jak się okazuje – nie tylko. Na oficjalnej stronie McCarthy’ego tekst o Suttree, a w nim taka wzmianka: „Suttree porzucił swoją zamożną rodzinę oraz intelektualną przeszłość, by wędrować po slumsach Knoxville niczym jakiś współczesny Leopold Bloom (nawiązania do arcydzieła Joyce’a, Ulissesa, są w powieści wręcz namacalne)”. Żartobliwe case study: poranne golenie.   „Stateczny, pulchny Buck Mulligan wynurzył się z wylotu schodów, niosąc mydlaną pianę w miseczce, na której leżały skrzyżowane lusterko i brzytwa. Żółty, nie przewiązany szlafrok powiewał za nim lekko w łagodnym, porannym powietrzu. Uniósł miseczkę i zaintonował: Introibo…